Kopehnaga – ciąg dalszy zwiedzania

Piątek, po odpoczynkowym czwartku, był znowu dniem odwiedzania muzeów. Dzień rozpoczęliśmy od wizyty w Ripley’s Believie Or Not (https://www.ripleys.com/copenhagen/) czyli muzeum osobliwości. W tym samym budynku mieści się Dom Bajek Andersena. O ile muzeum osobliwości może być nieodpowiednie dla mniejszych dzieci, to warto z nimi zajrzeć właśnie do domu bajek, szczególnie jeśli wstęp mamy w ramach karty kopenhaskiej. 

Kolejnym punktem programu było Muzeum Narodowe (https://natmus.dk/) ukazujące między innymi różne aspekty życia w Danii na przestrzeni dziejów. Męska część wyprawy natomiast zwiedziła Muzeum Wojny (https://natmus.dk/museer-og-slotte/krigsmuseet/) zwane też arsenałem ze względu na budynki w których sie znajduje. Można tutaj obejrzeć bogatą ekspozycję broni ale też odtworzony fragment obozu w którym stacjonowali duńscy żołnieże w Afganistanie. Arsenał jest na tyle bogaty, że armaty „walają się” nie tylko po całej wystawie i na podwórku obok muzeum, ale leżą też na pobliskim placu zabaw. 

Po południu wybraliśmy się na spacer po Christianshaven, część grupy zaktowiczyła na placu zabaw a część wybrała się na spacer po Christianii – to częściowo samodzielne osiedle – władze miasta nadały jej społeczności legalny niezależny status. Dawniej był to ośrodek ruchu hippisowskiego i kultury alternatywnej, teraz coraz bardziej atrakcja turystyczna. Na głównej uliczce można bez problemu kupić narkotyki i usiąść w kawiarni – biznes coraz bardziej zmienia oblicze tego terenu który przez wiele lat stanowił swoisty eksperyment społeczny. Dzisiaj warto wybrać się poza centrum Christianii, w kierunku jej północnych rubieży, gdzie życie wygląda bardziej artystycznie, turystów mniej i sklecone z byle czego domki wyrastają pośród lasu. Sporo jest też ludzi mieszkających na starych łodziach. Duńczycy są podzieleni jeśli chodzi o przyszłe losy Christianii. Część jest zawstydzona tym że nie daje się wyplenić handlu narkotykami, część chce zachowania jej statusu jako ważnego elementu historii miasta i kraju. 

Sobota to nasz ostatni dzień w Kopenhadze podczas tego wyjazdu. Postanowiliśmy odwiedzić tutejsze Zoo które liczy sobie już niemal 140 lat. Teren niby niewielki, ale fauna bardzo bogata – ciekawie przygotowane wybiegi pozwalają mieszać różne gatunki zwierząt, w niektórych miejscach można wręcz wejść do zagrody czy do woliery z ptakami. Pozwala to zatrzeć wyraźną granicę siatki czy ogorodzenia które tak często spotykamy w innych ogrodach zoologicznych. Nie zabrakło też „mini zoo” ze zwierzętami bardziej gospodarskimi – końmi, krowami, świniami, kurami czy królikami. Jest też spory plac zabaw dla znużonych chodzeniem. Pewnie spędzili byśmy tutaj więcej czasu, gdyby nie nasze plany – chcieliśmy na wieczór zdążyć na prom Gedser – Rostock.

Dania – podsumowanie

Wyjeżdżaliśmy z Danii z postanowieniem że jeszcze kiedyś tutaj wrócimy. To kraj bardzo spokojny i ładny. Niewiele tutaj przemysłu, jeździliśmy głównie w otoczeniu uprawnch pól i przejeżdżając przez małe miejscowości i wsie. Niemal co kawałek znajdowaliśmy sklep jednej z sieci – Netto lub Rema 1000 – wszystkie czynne także w niedzielę, więc z zakupami nie było problemów. Wyjazd do Danii kamperem to prawdziwa przyjemność – serwis wodny można zrobić niemal na każdym parkingu przy autostradzie oraz na wielu bezpłatnych parkingach dla kamperów. Dość powiedzieć że podczas całego pobytu spędziliśmy na campingu jedną noc, resztę na parkingach dla kamperów lub parkingach innego rodzaju. Nikt nas nigdy nie zaczepiał, nie robił problemów. 

Zauważyliśmy też że przy drogach i w miastach niemal nie spotyka się bilboardów. Powoduje to że krajobraz jest bardzo czysty i przyjemny. Niemal nie widzieliśmy policji – radiowóz widziałem w sumie dwa razy, policjantów w mieście jeden raz. Mimo to wszędzie jest czysto i spokojnie. Miejscowość Ishoj w której mieszkaliśmy pod Kopenhagą, jest zamieszkana głównie przez mniejszości narodowe – rodziny z różnych zakątków świata. Kupowaliśmy tutaj w typowo arabskim sklepie, w drugim znaleźliśmy mnóstwo towarów z Turcji i Polski. Mimo takiego – można by rzec – nieciekawego otoczenia w mieście czuliśmy się bezpiecznie. Nawet w przejściu podziemnym pod podrzędną drogą było czysto i pachnąco (spodziewali byście się takiego czegoś w Polsce?).

Problemem są wysokie (jak dla nas) ceny. W niedrogiej knajpce zestaw „kebab, frytki, cola” to ponad 50 koron czyli ponad 30 złotych. Lody włoskie – startują od 25 koron za małą porcję. Dania w niedrogich restauracjach zazwyczaj przekraczają sto koron. Są to wysokie ceny także dla Duńczyków, dlatego na porządku dziennym jest przygotowywanie kanapek i butelek z napojami na wszelkie wyjścia. Niemal każde muzeum posiada „piknik” czyli specjalne miejsca gdzie można spokojnie usiąść i zjeść przyniesiony ze sobą prowiant. Robiliśmy tak niemal wszędzie, przygotowując spore pudełka kanapek i zabierając ze sobą owoce. Wodę można uzupełnić niemal wszędzie – woda z kranu nadaje się do picia. Należy także wiedzieć że wstępy do różnych atrakcji także są drogie. My oszczedzaliśmy na noclegach, dzięki czemu budżet nie został zruinowany. Dzieci w wiele miejsc mają wstęp za darmo lub za połowę ceny. Bardzo dużo dała nam karta kopenhaska – zarówno jeśli chodzi o komfort podróży (darmowe przejazdy powodowały że czasem nawet krótki odcinek między muzeami pokonywaliśmy autobusem lub metrem) jak i o wstępy do muzeów. Nie sądzę żebyśmy zdecydowali się odwiedzić ich aż tyle jeśli w każdym musieli byśmy płacić za wstęp. 

Może Ci się również spodoba