Pierwsze paryskie zachwyty

Dziewczyny były bardzo zdziwione faktem, że tyle wczoraj chodziliśmy i nie byliśmy jeszcze w Paryżu. Trudno uwierzyć że wszystko to były dopiero przedmieścia – a właściwie ich mały fragment. Dziś niedziela, więc jako pierwszy punkt programu mieliśmy odwiedziny w kościele Polskej Misji Katolickiej we Francji – miejscu którego sława dotarła do nas już w ubiegłym roku w Brukseli – za sprawą czasopisma dla Polaków na emigracji wydawanego właśnie tutaj. Z metra wysiedliśmy na stacji Concorde: schodami w górę, kilka kroków po chodniku i nagłe „ooooo!” z ust dzieci – widok na piękne fontanny placu Concorde, początek Champs Elysees, ogrody Tuileries, złocone kopuły budynków po drugiej strony Sekwany i górująca nad tym wszystkim wieża Eiffla. Ciężko było wejść w wąskie uliczki w poszukiwaniu kościoła. A tam już spore grupy rodaków zarówno w środku jak i przed budynkiem – przy stoiskach z prasą dopiero co przywiezioną z kraju, pierogami i świeżym pieczywem. Starsza pani, spiesząca na mszę mruknęła przechodząc obok nas – „hihi, wakacyjne pustki”. Faktycznie najbliższe dwa tygodnie są we Francji nazywane „wielkimi wakacjami” i Paryż się wyludnia. Ponoć na „normalnych” mszach poza wakacjami zbiera się tutaj naprawdę tłum Polaków.

Prognoza pogody sprawdzana wczoraj dawała nam niemal 100% szansy na bezdeszczową pogodę. Kłopot w tym, że już wychodząc z kościoła poczuliśmy pierwsze krople deszczu. Nie zrażeni tym zbytnio wybraliśmy się na wycieczkę Rue de Rivoli – ulicy równoległej do Sekwany, przebiegającej wzdłuż Luwru, ogrodów Tuileries i napakowanej sklepami nastawionymi na turystów. Faktem jest że sklepy trzymają poziom i wszechobecna w Polsce chińszczyzna tutaj nie pojawia się niemal wcale. Jest natomiast męczący tłum turystów – szczególnie w okolical Luwru, do którego ze względu na pierwszą niedzielę miesiąca wstęp jest za darmo. Do tego dochodzą uliczni sprzedawcy wody mineralnej (1 euro za butelkę) i wież Eiffla (breloczki, figurki, magnesy – od wersji kieszonkowych po repliki które mogą spokojnie służyć jako broń w ciemnych zaułkach). Uciekliśmy w rejony mniej (jak się wydawało) uczęszczane, ale będąc w tych okolicach było by szkoda nie zajrzeć na Rue des Rosiers – ulicę znaną z koszernych sklepów.  Jak się okazało – nie tylko my mieliśmy ten pomysł – tłumy turystów, koszernych sklepów jakoś tak mało a najdłuższe kolejki ustawiały się do trzech lokali sprzedających… kebaby. Do tego kapela rosyjskojęzycznych muzyków grających rosyjskie standardy (Katiusza, Podmoskovnye Vechera) i macie niemal pełny obraz tutejszej turystycznej różnorodności.

Przy Rue de Sevigne znajduje się muzeum Carnavalet – muzeum historyczne Paryża. Reklamuje się między innymi sloganem „dwa tysiące lat Paryża” co jak się okazuje ma niewielkie odbicie w prezentowanych tutaj wystawach – owszem, można obejrzeć przedmioty pochodzące z wykopalisk i datowane na okres gallo-romański, ale już kolejna chronologicznie część wystawy to XVI wiek. Nie przeszkadza to w niczym – zbiory są wspaniałe i zawierają nie tylko przekrój obrazów od XVI do XX wieku, ale też w pełni odtworzone pokoje, przedmioty codziennego użytku, zabawki… Może ze względu na piękne zdobienia, a może ze względu na przebyte wcześniej kilometry, największe zainteresowanie dziewczyn wzbudziły łóżka i łoża. Trochę było nam szkoda że eksponaty secesyjne zajmują tylko dwa pokoje – ale pewnie przy tej ilości zbiorów z różnych okresów tyle po prostu im się należało. Szkoda, bo secesja szczególnie tutaj dobrze pasuje a i pokazane eksponaty nie należały do standardowych karafek, lamp czy bibelotów – były sporo okazalsze – kominek, stoły, fotele, regały, drzwi, rzeźby…

 Jako ciekawostkę warto też wspomnieć spory fragment muzeum opisany jako „muzeum znaków” – faktycznie, można tutaj obejrzeć jak dawniejsi biznesmeni radzili sobie z oznakowaniem swoich sklepów, warsztatów i przybytków. Na ustawionych na środku makietach można obejrzeć w jaki sposób budynki były malowane (tak, tak, malowana reklama ma tutaj ponad trzysta lat tradycji) a na ścianach obejrzeć repliki oraz prawdziwe szyldy tutejszych rzemieślników, restauratorów i handlarzy. Niektóre pozwalają wprost domyślić się czym zajmowali się ich właściciele, ale niektóre stanowiły prawdziwą zagadkę – no bo czy trzy myszy w szyldzie to biuro deratyzatora, czy może restauracja pod trzema myszami? Albo czym zajmował się człowiek reklamujący się za pomocą anioła grającego na trąbie nad profilem arystokraty w koronie – oprawą muzyczną przyjęć i bankietów? Osobną część kolekcji stanowiły też przedmioty pochodzenia poza francuskiego, ale używanych w Paryżu – holenderskie talerze i porcelana z Delft, angielskie pluszowe misie, niemiecka walizka z wyposażeniem cyrulika… Każde z nich miało tutaj swój czas.

Teoretycznie mieliśmy w planach wybrać się jeszcze na lody, ale pogoda zepsuła się na dobre, chłód i siąpiący deszcz nie dawał złudzeń co do dalszych przechadzek. W poszukiwaniu czegoś dobrego trafiliśmy na sklepik z czekoladą (lizaki z czekolady były niemal tak samo dobre na pociechę jak lody). Ponieważ pora zrobiła się już późno popołudniowa a my – dość zmęczeni – wróciliśmy w okolice domu. Znajdująca się przy samej stacji metra piekarnia okazała się na szczęście otwarta – dzięki temu wróciliśmy do domu z połową prawdziwej paryskiej bagietki (druga połowa została zjedzona niemal zaraz po wyjściu z piekarni) i dwoma kawałkami ciasta. W domu zasłużony odpoczynek i obiad na werandzie. Nie pisałem chyba że mamy tutaj kota, którym się teoretycznie opiekujemy. Praktycznie drań jedeń spędza cały czas na zewnątrz i raczy się pojawić rano (miauczenie pod drzwiami werandy) żeby zjeść łaskawie pół saszetki jedzenia dla kotów a następnie (miauczenie w kuchni) dać się łaskawie wypuścić na zewnątrz. Ten sam rytułał powtarza się wieczorem – jakoś nie ma ten kot ochoty się z nami zaprzyjaźnić :)

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.