Węgierska majówka – dojazd i Holloko

Kamper przygotowany stoi obok domu, rzeczy pakujemy do niego już od kilku dni i staramy się nie zapomnieć niczego co może być potrzebne – to przecież nasz pierwszy poważniejszy wyjazd. Pakujemy też trochę na zapas – konewkę, narzędzia, książkę “sam naprawiam” i jeszcze zestaw różnych innych rzeczy które będą potrzebne pewnie dopiero w wakacje, ale już teraz sprawdzamy gdzie się zmieszczą i ile tego będzie. Nie bierzemy rowerów – plany są spacerowe i mamy nadzieję że dużych odległości nie będzie – inna sprawa to fakt że chcemy miejsami stanąć na dziko albo w miejscach niestrzeżonych i bez rowerów będzie nam spokojniej. Pobudka około 6:00 – jak codziennie. Niecodzienne jest to że zamiast do “małego” samochodu, wsiadamy do “dużego”. Szkolne plecaki i praca zostają za nami. Pierwszy przystanek robimy niemal tuż obok domu – na pobliskim składzie budowlanym ważymy cały zestaw wraz z nami – wychodzi 3050kg. “Na pusto” samochód waży 2600, DMC bez pasażerów to 3200, z pasażerami 3400 więc mamy jeszcze sporo zapasu na rowery i inny osprzęt.

Wyjazd z Krakowa jest zdecydowanie łatwiejszy niż wjazd – widać że całkiem sporo ludzi jeszcze dziś spieszy się do pracy a na drogach wylotowych raczej pusto. Do Rabki dojeżdżamy niespiesznie i niemal dokładnie na skrzyżowaniu – rozjeździe na Chyżne – spotykamy autostopowiczów. Jadą do Budapesztu, więc czemu by ich choć trochę nie podrzucić? My wprawdzie nie jedziemy wprost do stolicy Węgier, ale aż do Zwolenia możemy jechać wspólnie – później nasze drogi się rozchodzą – my odbijamy na wschód i przez coraz mniejsze słowackie wsie zbliżamy się do granicy. Pierwszy przystanek – Holloko – zaparkowaliśmy na niewielkim parkingu ponad wsią (N 47.996775°, E 19.589502° inaczej N 47° 59′ 48.39″, E 19° 35′ 22.21″). Połowa parkingu zajęta na skład materiałów budowlanych – powstają tutaj jakieś budynki, drewniana mapa jest zupełnie nieczytelna… Cóż, nie ma się co zrażać, schodzimy w dół do “centrum” i udaje nam się odnaleźć lepszą wersję mapy. Wieś Holloko jest w dużej cześci muzeum – zachowało się tutaj dużo oryginalnej zabudowy i większość domów nie była przenoszona z innych lokalizacji. Widać tutaj przygotowania do pierwszego maja – na ulicach rozstawiane są stoły, scena, dekoracje… Niestety duża część Holloko jest w remoncie – ulice rozgrzebane, część chat zamknięta.

Nam udaje się zajrzeć do muzeum poczty (obsługująca je starsza pani mówi wyłącznie po węgiersku, więc dogadujemy się intuicyjnie), pracowni garncarza, kilku sklepików z ludowymi wyrobami i małego drewnianego kościoła. Kupujemy glinianego kogucika do kolekcji i zaglądamy na podwórka. Szkoda że tak pusto – wiele domów pozamykanych, gdzieniegdzie da się zajrzeć tylko na podwórka… Wracamy spacerkiem na parking. Nad wsią góruje zamek – pierwszy który obejrzymy podczas naszego wyjazdu. Parę minut pod górę przez las i już – brama na szczęście otwarta, kasa czynna – wchodzimy. Wewnątrz pierwsza niespodzianka – automat do samodzielnego wykonywania pamiątkowych monet. Całą rodziną zbieramy Pressed Penny, wygląda więc na to że z Węgier wrócimy z kolejnymi egzemplarzami do kolekcji. Sam zamek natomiast jest niewielki – można obejść i obejrzeć wszystkie pomieszczenia w niecałe 20 minut. Widoki wokół niesamowite – morze drzew i puste zielone łąki jak okiem sięgnąć – można się poczuć jak na końcu świata…

Jemy szybką kanapkę, przed nami jeszcze trochę jazdy i przed wieczorem docieramy do Szentendre a dokłaniej na Pap-Sziget – wyspę na której leży nasz docelowy camping na dziś (N 47.681651°, E 19.083595°, inaczej N 47° 40′ 53.95″, E 19° 05′ 00.94″). Pod drzewami pusto – stoi raptem kilka kamperów. Ustawiamy się, idziemy dopełnić formalności i kilka minut później przychodzi deszcz. Na szczęście wcześniej było słonecznie i sucho, teraz trochę deszczu nam nie przeszkadza. Wieczorem wyskakujemy na małe zakupy do pobliskiego sklepu SPAR – tutaj w ramach niespodzianki spotykamy masę towarów z opisami po polsku. Kupujemy trochę typowych tutejszych specjałów – vajkrem czyli rodzaj serka do smarowania kanapek, pastę gulaszową, napoje których w Polsce nie ma i trochę chleba. Na dziś wrażeń wystarczy…

Może Ci się również spodoba