Malta roadtrip cz. 3 – centrum, południe i wschód

Słońce niezawodnie wstało w okolicach szóstej rano, ale już niemal pół godziny wcześniej, z pierwszymi oznakami świtu na drodze obok naszych hamaków zaczął się ruch. Jeden samochód, drugi, trzeci… Przy dziesiątym przestałem myśleć że to przypadek i zacząłem się zastanawiać co tam jest poza klifem… Rozwiązanie zagadki przyszło szybko, wraz z dwoma donośnymi wystrzałami z pukawki tuż obok naszego „biwaku”. Okazało się że jest sezon na kaczki. Wystrzały które słyszeliśmy wczoraj i te które obudziły nas dzisiaj to pukawki do płoszenia kaczek z krzaków. W zasięgu wzroku widziałem już kilku myśliwych z dubeltówkami przewieszonymi przez ramię oraz z różnej wielkości psami przy nodze. Nie wygląda żeby komuś poszczęściło się w trakcie tego polowania, ale obudzili nas skutecznie. Dzięki temu dość wczesną porą mogliśmy zebrać się i trochę zaspani rozpocząć zwiedzanie – kierując się na początku do San Anton Gardens i San Anton Palace w Attard. Jazda na trzy samochody znowu się nie sprawdziła, znaki też nie pomagały i w efekcie zaparkowaliśmy z dwóch różnych stron kompleksu San Anton. Pałac jest najwyraźniej używany przez władze – widzieliśmy limuzyny, sporo policjantów i jakieś Ważne Osobistości, ogród natomiast przypomina nieco krakowski Ogród Botaniczny. Równe alejki, egzotyczne drzewa, kwitnące kwiaty, fontanny… Miejsce w sam raz na spokojny spacer. Znalazłem tutaj też malutkie muzeum rzemiosła z zestawem ruchomych figurek pokazujących tradycyjne zajęcia takie jak stolarstwo, pracę w kuźni, wyrabianie masła itp.

Z San Anton ruszyliśmy podzieleni na dwie grupy – jedna do muzeum lotnictwa, druga do katakumb w Rabacie. Muzeum lotnictwa to w dużej mierze pozostałość po II wojnie światowej i stacjonujących tutaj wojskach brytyjskich. Malta nie została zdobyta przez Niemców i stanowiła ważny ośrodek walki lotniczej na Morzu Śródziemnym – była nazywana niezatapialnym lotniskowcem. Zbiory tutejszego muzeum to głównie samoloty z tamtego okresu, trochę wyposażenia i sporo zdjęć. Jest też kilka bardzo małych obiektów latających (coś jak kieszonkowy helikopter albo dziecinny samolot), stary symulator lotniczy oraz odtworzony warsztat naprawy silników. Co ciekawe muzeum nie wygląda na tłumnie odwiedzane, jest raczej trochę zapuszczone choć ciekawe. My trafiliśmy akurat na moment w którym opodal odbywało się jakieś nabożeństwo z udziałem Brytyjskich weteranów – dał się słyszeć nienaganny angielski akcent, mogliśmy podsłuchać trochę rozmów i wspomnień…

Na spotkanie całej grupy umówiliśmy się przy Blue Grotto na południowym wybrzeżu Malty. Blue Grotto to nazwa jednej ze słynnych tutaj jaskiń znajdujących się na poziomie morza. Jest to jedna z bardzo obleganych atrakcji turystycznych a mimo to było tam niezbyt łatwo trafić. Znaki „jak zwykle” urywały się w decydujących momentach i wiele skrzyżowań pokonywaliśmy na intuicję. W końcu napotkany tubylec wskazał nam skrót i już bez większych problemów dotarliśmy na zatłoczony parking przy atrakcji.  Mała miejscowość, zgrupowanie kilkudziesięciu domków z płaskimi dachami (jak niemal na całej wyspie) jest zupełnie nastawiona na turystów. Poza restauracjami, sklepami jubilerskimi i sklepikami z pamiątkami nie ma tam niemal niczego. Jubilerzy namawiają do zakupu filigranowych krzyży maltańskich, restauratorzy do zjedzenia obiadu a sklepiki jak wszędzie straszą chińskimi wyrobami dla turystów. My skierowaliśmy się do wodnych taksówek, które za parę euro oferują „rejsy” po jaskiniach. Mała łódka zabiera 8 osób, sternik sprawnie manewruje od jaskini do jaskini informując pokrótce jak się nazywa i dlaczego.

Przejażdżka łodzią zaostrzyła w nas apetyty (na jedzenie i na plażowanie) więc po zrobieniu szybkich zakupów pojechaliśmy na poszukiwanie plaży. W pierwszej kolejności w drodze na wybrzeże zapakowaliśmy się w wąskie dróżki (trzeba było składać lusterka w naszych malutkich samochodach), potem na wysokie klify (obiad był „z widokiem” ale bez możliwości kąpieli) a w końcu trafiliśmy na plażę w mieście Birżebbuga. Plaża leżała na przeciwko terminalu kontenerowców, w samym centrum miasta i wprawdzie miała piasek, ale nikogo specjalnie nie zachwyciła. Problem był tym większy że od naszego pierwszego noclegu na Gozo nie udało nam się do tej pory znaleźć nigdzie prysznicy – tutaj także ich nie było. Ruszyliśmy więc zgodnie z informacjami wyczytanymi na mapie na zwiedzanie kolejnych plaż. St. Thomas Bay okazało się być kompletnie bez infrastruktury, plaże w Marsascala to wąskie piaszczyste łachy nad zatoką w środku miasta, St Peters Pool i Kalanka na półwyspie o tej samej nazwie okazały się kamienną pustynią… W końcu słońce zaczęło zachodzić, zrobiło się chłodno i z plażowania zostały tylko plany…

Na naszej mapie mieliśmy jeszcze sporo punktów do odwiedzenia, a że już byliśmy w okolicy to udaliśmy się do Marsaxlokk – słynnej ponoć wioski rybackiej. Owszem – można tu zobaczyć spory rybacki port wypełniony wieloma tradycyjnymi rybackimi łodziami, tyle tylko że ze względu na swoją popularność wioska zmieniła już charakter. Teraz jest słynna głownie z tego że jest znaną wioską rybacką – niemal bez rybaków za to z gwarną promenadą nadmorską i wieloma restauracjami. Postanowiliśmy tutaj zjeść kolację (czas od zamówienia burgera do jego podania to niemal półtorej godziny mimo małej liczby klientów) i zaczęliśmy zastanawiać się nad noclegiem. Część ekipy ze względów zdrowotnych wynajęła sobie „apartament” na nocleg (poza sezonem nie ma z tym problemu) – na wyposażeniu apartamentu był między innymi antałek dobrego wina :) reszta natomiast wsiadła do samochodów i udała się na poszukiwanie zacisznego miejsca. Kłopot w tym że był właśnie piątkowy wieczór i wszystkie zaciszne dotąd miejsca okazały się być zajęte przez gromady młodych ludzi szukających samotności na tej małej wyspie… Koniec końców trafiliśmy na teren Verdala Palace Grounds na południe od Rabatu (po przejechaniu ponad 80 kilometrów w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca). Tereny pałacu to ponoć największy fragment naturalnego lasu na Malcie. Tutaj też zostaliśmy grzecznie zapytani przez policjantów czy u nas wszystko w porządku, na co odparliśmy że owszem i zapytaliśmy czy możemy zostać na noc. Policjanci nie mieli nic przeciwko więc rozbiliśmy obozowisko między słupami solidnej stalowej konstrukcji i poszliśmy spać – nie bez przygód bo linki od hamaków nie bardzo chciały się trzymać śliskich słupów i co jakiś czas ktoś z mniejszym lub większym hałasem lądował na gruncie… Koniec końców powiązaliśmy się porządnie i dotrwaliśmy do rana nie ruszając się zbytnio :)

 

Może Ci się również spodoba