Leniwy koniec tygodnia

Sobotę i niedzielę zaplanowaliśmy sobie raczej leniwie – dlaczego – o tym już za chwilę. Sobotni poranek spędziliśmy na rowerach – w planach mieliśmy wycieczkę szlakami pobliskich wiatraków (w kierunku na Vaassen są dwa po drodze). Pierwszy można było obejrzeć tylko z zewnątrz, ale już drugi, znajdujący się w samym Vaassen był otwarty dla zwiedzających. Odnowiony w 2012 roku pachnie jeszcze świeżym drewnem. Ze względu na dobry wiatr był uruchomiony – łopaty kręciły się majestatycznie i główny wał w środku kręcił kołami znajdującymi się nad głowami zwiedzających. Wiatrak ten to stary młyn, zaopatrujący okolicę w mąkę z tutejszych zbóż, w środku można zobaczyć całość mechanizmów potrzebnych do tego typu pracy – windę do podnoszenia worków z ziarnem i opuszczania worków z mąką, żarna z osprzętem do napełniania worków a nawet stanowisko sprzedaży mąki (z wagą i kasą).

W samym Vaassen natomiast całkiem nieoczekiwanie trafiliśmy na pchli targ – mieszkańcy rozłożyli wzdłuż głównej ulicy różne starocie a całkiem spora ilość ludzi przechadzała się między nimi z mniejszym lub większym zainteresowaniem. My wprawdzie nic ze staroci nie kupiliśmy, ale zrobiliśmy obok zakupy spożywcze po czym niespiesznie wróciliśmy do domu – mieliśmy w planach jeszcze wyjazd nad morze. Nasi gospodarze zarekomendowali nam parking w porcie w Scheveningen, gdzie w piątek i sobotę wieczorem odbywał się festiwal sztucznych ogni. Na plaży wprawdzie mocno wiało i nie było zbyt ciepło, ale dziewczyny niczym nie zrażone zbudowały zamek z piasku i wcale nie były zachwycone tym że zamierzamy schować się przed wiatrem do położonej na plaży kawiarni (gdzie zabawa w piasku nie była już tak prosta). Ciepłe kakao i herbata pozwoliły nam przetrwać jeszcze niemal godzinę do rozpoczęcia pokazów. Dwa piętnastominutowe seanse minęły nawet jakby za szybko, chciało by się więcej :) Na koniec okazało się że przyroda ma dla nas własne zakończenie dnia – do samochodu gnał nas coraz mocniej padający deszcz.

Skoro do domu wróciliśmy środkiem nocy, to o wczesnym wstawaniu nie mogło być mowy. Dodatkowo deszcz stukał o szyby i dopiero bliżej południa przeszedł w mżawkę. Ponieważ niedaleko od naszego domu leży Deventer – miasteczko z ładnie zachowanym starym miastem – postanowiliśmy je odwiedzić. Pospacerowaliśmy chwilę po spokojnych i niemal pustych uliczkach, trafiając w pewnym momencie na rynek, na którym oczom naszym ukazały się przygotowane na miejskim bruku piaskowe tory do boules. Okazało się że w dniu dzisiejszym rozgrywane są zawody między tutejszymi kawiarniami i restauracjami – dało się zresztą zauważyć w ogródkach wokół rynku liczne drużyny posilające się i rozprawiające głośno na sobie tylko znane tematy. Nie czekaliśmy na główną turę zawodów – zerknęliśmy tylko na kilka osób które akurat trenowały i poszliśmy dalej (dokupić rzeczy na obiad w jedynym w okolicy czynnym sklepie).

Wieczorem wybraliśmy się jeszcze do Putten, kolejnego miasta leżącego w pobliżu Apeldoorn – tym razem zajrzeć na polskojęzyczną mszę do tutejszej parafii. Niewielki kościół mieścił bez trudu kilkadziesiąt osób, które zjechały się z różnych okolicznych miasteczek. Ksiądz jest tutaj zawsze przejazdem – ma pod opieką kilka wspólnot w różnych miastach na wcale niemałym terenie. Jest w tym posługiwaniu szczególny rodzaj misji, niełatwa praca z ludźmi którzy są z dala od Ojczyzny, ale jeszcze mają w sobie na tyle woli, żeby tworzyć kościelną wspólnotę na obcej ziemi…

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.