Wielkie zoo a w środku niemal same małpy

Niedaleko miejsca w którym mieszkamy, w lasach na południowy zachód od Apeldoorn znajduje się nietypowe zoo – Apenheul, czyli park poświęcony niemal w całości małpom (albo szerzej – naczelnym). Ponieważ odległość od nas to niecałe osiem kilometrów (znakomitymi ścieżkami rowerowymi) więc zdecydowaliśmy się nie ruszać dzisiaj samochodu, tylko wykorzystać fakt posiadania odpowiedniej ilości rowerów i doskonałą infrastrukturę. Tuż po śniadaniu ruszyliśmy więc „przez pola i lasy” ale też trochę przez miasto w stronę Apenheul. Po samym parku na rowerach nie wolno się poruszać, ale tuż obok bramy znajduje się pokaźnych rozmiarów parking rowerowy. Główną bramą natomiast już od rana płynął strumień rodzin z dziećmi – wyglądało na to że w środku może być tłoczno… Przy kasie okazało się jednak że kolejek nie ma, a zwiedzający „wsiąkają” w gąszcz alejek i po minięciu nieco zakorkowanych pierwszych dwóch zakrętów dało się chodzić swobodnie i nawet do punktów widokowych nie trzeba się było specjalnie przepychać.

Zanim jednak weszliśmy na teren parku, otrzymaliśmy specjalne „małpoodporne” torby do schowania naszych własnych plecaków i toreb. Niczym specjalnym się one nie wyróżniają, poza dość solidnym materiałem z którego są wykonane i tym, że są zasuwane na zamek. Ponoć z nim sobie tutejsi podopieczni nie radzą (w przeciwieństwie do różnego rodzaju klamerek i zatrzasków). Wspomniany wcześniej korek na pierwszych zakrętach nie brał się znikąd – od samego początku zwiedzania napotykamy się na biegające wolno, hasające po pobliskich krzakach małe małpki. Na całym terenie parku, te gatunki które są bezpieczne dla człowieka i dla których człowiek jest bezpieczny są wypuszczone na wybiegi przez środek których przebiegają ścieżki do zwiedzania. W ten sposób w wielu momentach byliśmy otoczeni ze wszystkich stron przez mniejsze i większe, mniej lub bardziej płochliwe małpy. Niektóre właziły dzieciom do wózków, niektóre zadowalały się pozowaniem każdej osobie z aparatem.

Przy wejściu otrzymaliśmy plan na którym zaznaczone były nie tylko ścieżki i lokalizacje wybiegów poszczególnych gatunków, ale i godziny karmienia. Karmienie to nie tylko „rzucenie żarcia” podopiecznym, ale też niemal półgodzinny wykład na temat zwyczajów i ciekawostek związanych z danym gatunkiem. Kłopot w tym że wszystkie tego typu komentarze są tutaj podawane wyłącznie po flamandzku, trzeba się więc posiłkować treścią tablic informacyjnych rozstawionych niemal przy każdym wybiegu. Trasa zwiedzania jest przeplatana miejscami odpoczynku, w których można coś przekąsić i wypić. W kilku miejscach są też przygotowane place zabaw dla dzieci oraz „mini zoo” ze zwierzętami które dzieci mogą własnoręcznie karmić. Na zwiedzenie całości parku warto mieć zarezerwowane minimum trzy godziny, nam spokojne przejście i obejrzenie kilku pokazów zajęło ponad cztery. Przy samym końcu trasy dzieci były już mocno zmęczone, ale wykrzesały z siebie dość siły żeby jeszcze przejechać się na karuzeli i pohasać na kolejnym placu zabaw…

Bezpośrednio przy Apenheul znajduje się sporych rozmiarów park. Wstęp do parku jest bezpłatny, a na jego terenie można znaleźć sporo atrakcji dla dzieci. Nie mówiąc już o samym parku jako takim (spory zróżnicowany obszar leśny, pocięty alejkami, z wieloma miejscami w których można wypocząć) to jeszcze jest tutaj park linowy (ale raczej dla starszych dzieci – uprzęże trzeba przepinać samodzielnie, liny asekuracyjne znajdują się dość wysoko) oraz wielki plac zabaw z atrakcjami dla dzieci w różnym wieku (od wielkiej piaskownicy po spore wieże wspinaczkowe). Dzieci ganiają tutaj i robią sporo hałasu a rodzice mogą spokojnie usiąść w cieniu na ławkach i trochę odpocząć. Nasze dziewczyny nie bardzo chciały się dać wyciągnąć, ale mieliśmy jeszcze perspektywę powrotu na rowerach do domu – na to też trzeba było zachować trochę sił. Żeby jednak nie jechać jednego dużego odcinka na raz, zrobiliśmy sobie kilka przerw – pierwszą na oglądanie jeleni w parku obok zamku Het Loo (na zachód od zamku znajduje się pokaźna polana na której można obserwować spore stado tych zwierząt), drugą na lody (nie ma to jak McDonalds przy trasie) i trzecią na zakupy spożywcze, które i tak mieliśmy zrobić. Dzieci były zachwycone tym że w koszyku z zakupami znalazła się mrożona pizza (na jeden z kolejnych obiadów) oraz tym że ze sklepu do domu został już naprawdę niewielki kawałek. W ten sposób w czterech odcinkach dotarliśmy (resztkami dziecięcych sił) do domu.

Może Ci się również spodoba