Terma Bania czyli relaks w Białce Tatrzańskiej

Listopad jakiś taki strasznie zabiegany, nawet na maile problem odpisać w sensownym terminie… Blog leży odłogiem ale jakoś zupełnie nie mam do siebie o to pretensji. Jakby tego było mało to jeszcze wszystkie weekendy zajęte a na koniec miesiąca dzieci nam się pochorowały. Żeby nie dać się zwariować, zostawiliśmy nasze pociechy pod czujną i czułą opieką a sami wybraliśmy się na jeden dzień do Białki Tatrzańskiej żeby zobaczyć co to za nowy park wodny otworzono pod Tatrami. Dzięki kuponom z Grupera wstęp całodzienny mieliśmy w cenie nieco niższej niż normalnie 4,5 godziny – a przy okazji nie musieliśmy się zastanawiać na co jeszcze mamy czas i czy gdzieś nam się spieszy. Tym z Was którzy przyglądają się z niedowierzaniem zdjęciom oświadczam że nie są one mojego autorstwa – pozwoliłem sobie na potrzeby tego tekstu (i do czasu kiedy nie zrobię własnych) użyć tutaj zdjęć dostępnych na stronie Term.

Mając pewne sygnały o sporym obłożeniu basenów, staraliśmy się wyjechać możliwie wcześnie w sobotę rano – droga zajęła nam niecałe dwie godziny i faktycznie przyjechaliśmy tuż po otwarciu kompleksu. Kolejek do kas nie było, szybko odebraliśmy „zegarki” i przez przebieralnie przeszliśmy do szatni w której na gości czeka około 1600 szafek. Nie są numerowane, wystarczy więc znaleźć wolną i zamknąć ją za pomocą swojego zegarka. W szatniach, łazienkach i na samej hali basenowej panuje przyjemnie wysoka temperatura – momentami nawet zbyt wysoka, ale dzięki temu raczej nie ma możliwości zmarznąć albo zostać przewianym zimnym powietrzem. Kompleks basenowy podzielony jest na trzy główne części basenowe (strefa głośna, cicha, saunarium) oraz spa. Bilety wstępu można kupować w różnych konfiguracjach – najtańszy jest wstęp wyłącznie do saun, kolejne są wstępy do strefy głośnej i cichej a najdroższy – karnet open pozwalający na poruszanie się po całości części basenowej. My mieliśmy wstęp w „najbardziej wypasionej” wersji czyli open i do tego całodzienny. Pierwsze kroki skierowaliśmy więc do strefy cichej, gdzie przezornie zarezerwowaliśmy sobie dwa leżaki i tak przygotowani ruszyliśmy na zwiedzanie reszty obiektu.

Strefa głośna jest teoretycznie pomyślana jako miejsce dla chcących się wyszaleć, rodzin z dziećmi (albo dzieci bez rodziców) oraz wszystkich tych którzy chcą po prostu „niedrogo” spędzić czas na basenie. Basen zewnętrzny oferuje „dziką rzekę”, gejzery denne i armatki wodne a także leżanki na których mogą zasiąść rodzice czuwający nad swoimi dziećmi. Jest też „grota” w której zgrana ekipa może wywołać fale. Wewnątrz znajdują się zasadniczo trzy niecki – jedna duża podzielona na część ze sztuczną falą (fala generowana przez wielką pływającą kulę) oraz rekreacyjną (kolejna „dzika rzeka” czy jak kto woli „karuzela wodna”, ławeczki do masażu, gejzery denne i armatki wodne), jedna mniejsza niecka z dużą ilością ławeczek do masażu, gejzerów oraz wodospadem no i ostatnia część – basen dla dzieci. Ciekawe że ten fragment strefy głośnej został pomyślany jakby tylko dla naprawdę małych dzieci – mało atrakcji i w dodatku na poziomie – powiedzmy – dwu-trzylatka. Dzieci w wieku czterech do siedmiu lat mogą mieć problem ze znalezieniem atrakcji dla siebie – można by powiedzieć że jest kilka zjeżdżalni, ale  nawet najmniejsza nie koniecznie nadaje się do samodzielnej zabawy dla młodszego dziecka – kończy się basenem z wodą o głębokości powyżej metra… A skoro już jestem przy zjeżdżalniach – są one całkiem przyzwoite – jedna szeroka do zjazdów pontonowych, czerwona rura – dość długa i kręta ale „dla każdego” i jedna nazywana „szybką” – pozwala rozpędzić się na jednym fragmencie o dość dużym spadku, ale kończy się jakby zbyt szybko. Jest jeszcze bardzo szeroka niewielka zjeżdżalnia wewnętrzna – można na niej ćwiczyć jazdę parami :)

Wszystkie przejścia między wewnętrznymi a zewnętrznymi basenami można pokonywać wodą – przez śluzy w ścianach – i przy takiej pogodzie jaką mieliśmy w sobotę (temperatura bliska zera) nie chciało by nam się odwiedzać zewnętrznych basenów gdyby trzeba było do nich dojść „pieszo” przez zwykłe drzwi. Kończąc opis strefy głośnej wspomnę jeszcze o niewielkim „suchym” placu zabaw na piętrze – kiedy młodszym dzieciom skończą się atrakcje wodne, można wybrać się tutaj :) wystarczy wyjść po schodach ponad basenik dla dzieci. W rogach hali znajdziemy też dwa whirlpoole (lub jak kto woli – jacuzzi). W części głośnej jest też zlokalizowany barek samoobsługowy z przyzwoitymi cenami choć niezbyt wielkim wyborem dań.

Strefa cicha została zaprojektowana jako miejsce wypoczynku i teoretycznie powinna być wolna od głośnych aktywności. W praktyce panuje tutaj nieustanny szum wody a kiedy basen wypełnia się gośćmi także ta część jest dość ruchliwa, zatłoczona i głośna. Faktycznie nie znajdzie się tutaj atrakcji dla dzieci – jest za to dużo leżanek, masażerów, jeden duży whirlpool i aż dwa zewnętrzne baseny (także z leżankami i masażerami). W tej części jest też największe nagromadzenie leżaków – prostszych z siatki i trochę bardziej komfortowych – z materacami. Na tych leżakach spędziliśmy sporo leniwego czasu – mnie udało się nawet trochę przespać :) Gastronomia obecna jest tutaj pod postacią takiego samego barku co w części głośnej tyle że już nie samoobsługowego. Cen wolałem nie sprawdzać. Jest także drink-bar który w godzinach popołudniowych był mocno oblegany przez panów szukających małego jasnego. Na zewnątrz jest także fragment przygotowany do obsługi gastronomicznej – ale teraz jest zamknięty na zimę.

Sauny to najbardziej przez nas oczekiwana i najbardziej surowo oceniana część każdego basenu. Mogę więc z całą powagą napisać że sauny w Termie Bania są na najwyższym poziomie. Jest to pierwszy odwiedzany przez nas park wodny w Polsce, który postawił na nagość – goście otrzymują frotowe pareo które zastępuje strój kąpielowy. Na basenach na Słowacji czy w Niemczech jest normalne że w saunie nie używa się kostiumów kąpielowych – a na naszym polskim podwórku jakoś ciężko o saunę w której goście nie prażą się w tworzywach sztucznych… Wracając jednak do rzeczy – sauny czyste, pachnące (w czym na pewno pomaga ich nowość) bardzo solidnie i gustownie wykonane w kamieniu i drewnie. W sumie pięć pokoi o różnych temperaturach i wilgotnościach pozwala wybrać coś dla siebie niemal każdemu. Jedna z saun – ruska bania – zlokalizowana jest w domku na zewnątrz budynku. Dodatkowo tepidarium do spokojnego odpoczynku, ścieżka do masażu stóp, mały basen wewnętrzny i (jak dla mnie) gwóźdź programu – basen na zewnątrz. Wejście do basenu odbywa się ze środka, schodkami do wody, przez śluzę i już jesteśmy – nie dość że na zewnątrz, w przyjemnie chłodnej (ale nie za zimnej) wodzie i do tego nago :) Dla tych, którzy lubią schłodzić się mocniej – jest cały zestaw zimnych pryszniców a także podwieszone pod sufitem wiaderko do „bardziej gwałtownego” obniżania temperatury ciała. Oboje stwierdziliśmy że warto by było tutaj wrócić choćby dla samych saun – trzeba je koniecznie zobaczyć wieczorem.

Kłopot z Termami jest taki, że są bardzo popularne. Kiedy w wakacje byliśmy w Bukowinie, przyszło nam stać w kolejce do wejścia ponad 40 minut – byliśmy zdesperowani bo w tym samym dniu zrezygnowaliśmy już z wizyty w Szaflarach ze względu na tłok i dość niewielki kompleks basenów. Wtedy w Bukowinie trudno było znaleźć dla siebie miejsce w basenie, dzieci bawiły się dobrze, ale ja nie nazwał bym tego pobytu relaksującym. W Termach w Białce Tatrzańskiej byliśmy poza sezonem, z samego rana i wtedy było bardzo przyjemnie – niewielka ilość ludzi, spokój… Niestety z godziny na godzinę ilość gości wzrastała a tłok i szum był coraz bardziej uciążliwy. Do saun wybraliśmy się koło południa – i trochę żałuję że nie wcześniej. O tej porze nawet w strefie cichej było niemal tak samo głośno jak w głośnej części basenu. W końcu stwierdziliśmy że nie ma co liczyć na więcej odpoczynku i nasz pobyt zakończyliśmy już koło czternastej. O tej porze było już ciężko znaleźć wolną szafkę w szatni i miejsce na parkingu.

Podsumowując – chętnie wybierzemy się jeszcze raz do Termy Bania – głównie ze względu na sauny. Pewnie będziemy szukali możliwie najmniej obleganego terminu – a czy się uda to się okaże na miejscu. Nie jest to pierwsze na liście miejsce które wybrali byśmy na wizytę z dziećmi – głównie ze względu na brak atrakcji dla naszej młodszej córki.

Może Ci się również spodoba