Efteling czyli więcej niż park rozrywki

Od kilku dni śledziliśmy prognozy pogody i wszystko wskazywało na to że środa będzie bez deszczu – co więcej – bez deszczu będą też rejony w pobliżu holenderskiego Tilburg, gdzie znajduje się Efteling – World of Wonders. Park ten działa nieprzerwanie od niemal sześćdziesięciu lat (wszystko zaczęło się od otwarcia Bajkowego Lasu w 1952 roku) i co tu kryć – idzie z duchem czasu nie zaniedbując tradycji – łączy stare tradycyjne bajki (te znane bardziej ogólnie i te mniej znane) z nowoczesną techniką i perfekcyjnym wykonaniem. Dla mnie była to już trzecia a może czwarta wizyta – tym razem po ponad dziesięciu latach przerwy – ale wciąż jestem zachwycony. Do wyjazdu przygotowywaliśmy się już od kilku dni, zarówno śledząc prognozy pogody jak i przeglądając stronę internetową parku. Wiedzieliśmy już wcześniej że jest on czynny w sierpniu od dziesiątej rano do dwudziestej (nie licząc sobót, kiedy czynny jest do północy) i są to dni kiedy godziny zamknięcia są najpóźniejsze w całym roku – ale także ceny biletów wstępu – najwyższe (na kalendarzu obciążenia odwiedzającymi są to też najbardziej oblegane tygodnie).

Dojazd zaplanowaliśmy tak, aby nie spiesząc się zbytnio, drogami lokalnymi dojechać do parku na godzinę otwarcia. Udało się nam idealnie i tuż przed dziesiątą staliśmy już w korku do parkingu, wśród setek innych samochodów. Co ciekawe – korek poruszał się dość szybko a sprawna obsługa poustawiała nas błyskawicznie na kolejnych miejscach (trzeba oddać sprawiedliwość też bardzo zdyscyplinowanym kierowcom) i tuż po dziesiątej znaleźliśmy się na terenie Eftelingu. Nasze zwiedzanie rozpoczęliśmy od Bajkowego Lasu – miejsca gdzie każda bajka ma swój domek a w nim toczy się opowieść – czasem przy pomocy prostych lalek-robotów, czasem z użyciem projektora i półprzezroczystych ekranów (których nie widać dopóki coś się na nich nie pojawi), czasem samym światłem i narracją przy nieruchomej niemal scenie. Naprawdę profesjonalnie wykonane lalki – w większości przypadków naturalnej wielkości, znakomita gra światła, muzyka – to wszystko sprawiało że dziewczyny przy każdym domku nie dawały się oderwać od pokazu aż do jego końca i nie przeszkadzało im wcale że narracja jest po holendersku – i tak było wiadomo o co chodzi. Przy poprzednich wizytach tę część widziałem tylko z grubsza, teraz więc byłem tym bardziej pod wrażeniem i sam z przyjemnością obejrzałem historie Dziewczynki z zapałkami, Królewny Śnieżki, odwiedziłem zamek Śpiącej Królewny i obejrzałem historię Czerwonego Kapturka. Bajek jest tu naprawdę dużo i szczerze mówiąc przegrywam całkowicie w konkurencji rozpoznawania tych mniej znanych…

Tereny poświęcone stricte bajkom i przygotowane dla najmłodszej części odwiedzających zajmują około jednej trzeciej całego parku. My przechodziliśmy płynnie między nimi a kolejnymi atrakcjami – jedną z nich była piękna stara karuzela napędzana silnikiem parowym i wyposażona w automatyczną katarynkę przygrywającą podczas zabawy. Obecnie oryginalny silnik wprawdzie się porusza, ale napędzany jest już nie parą a elektrycznie a sama karuzela znajduje się pod dachem. Nie zmniejsza to jednak przyjemności jeżdżenia i oglądania :) Odwiedzając kolejne „mniejsze” atrakcje, trafiliśmy w końcu na niewielką kolejkę do czegoś co nazwane było „Dream Flight”. Kolejka znikała w drzwiach w ścianie i już po jakichś pięciu minutach znaleźliśmy się po drugiej stronie gdzie… czekała na nas reszta kolejki – tłum ludzi poustawianych pomysłowo między wijącymi się wężowo barierkami. To było coś co pamiętałem z moich poprzednich wizyt – stanie w kolejkach do bardziej obleganych atrakcji. W tej konkretnej kolejce staliśmy trochę ponad czterdzieści minut, aby wsiąść do wagoników podwieszonych do szyny nad naszymi głowami i rozpocząć wyprawę do świata bajek. Przejażdżka trwała wprawdzie tylko kilka minut, ale dostarczała wrażeń – znowu pięknie skonstruowane i zilustrowane światłem i muzyką sceny ale też przejazd po spirali wokół dżungli – szybciej i szybciej. Co ciekawe po większości takich przejażdżek „ląduje się” w sklepie w którym można kupić związane z nią akcesoria – business is business :)

Spacerując dalej po parku odwiedzaliśmy co mniej oblegane atrakcje ale też ustawiliśmy się kolejkach do jeszcze kilku – przejechaliśmy między innymi wąskotorówką (z prawdziwą parową ciuchcią) przez pół parku – oglądając przy okazji rollercoastery, które nikogo z nas nie pociągały; Asia z Madzią pojechała na zjazd bobslejem w rynnie – to taki bardziej delikatny rodzaj rollercoastera :); popłynęliśmy wszyscy na wyprawę śladami baśni z tysiąca i jednej nocy a nawet wybraliśmy się na spływ pontonami „rwącą górską rzeką” po którym jakoś dziwnym trafem głównie ja byłem zmoczony :) Przeszliśmy ładnych parę kilometrów po terenie parku – jest on zadrzewiony w takim stopniu, że nawet w upalny dzień niemal cały czas można spędzić w cieniu – co ciekawe mimo że naszą wizytę kończyliśmy wraz z zamknięciem, czyli spędziliśmy na nogach około dziesięciu godzin, nasze dziewczyny narzekały jedynie na to że trzeba czekać w kolejkach, ale nie na to że trzeba chodzić. Na koniec podzieliliśmy się jeszcze na chwilę na podgrupy i ja z Madzią poszliśmy szukać atrakcji mniej dostępnych dla Tosi ale właściwych dla tych „bardziej dzielnych” uczestników wyprawy. No i dostaliśmy czego chcieliśmy – przez przypadek, „nie wiedząc co czynią” trafiliśmy na atrakcję zupełnie niemal bez kolejki. Powinny mnie zastanowić pałąki bezpieczeństwa w wagoniku, ale jakoś po całym dniu chyba już nie myślałem tak szybko… No i wsiedliśmy do rollercoastera tyle że jadącego nie dość że pod ziemią to jeszcze w niemal zupełnej ciemności – wrażenia ekstremalne, ale obydwoje wytrzymaliśmy. Obydwoje też stwierdziliśmy że nigdy więcej :)

Po tak pełnym atrakcji dniu, powrót do domu był przyjemnym i spokojnym powrotem „do rzeczywistości” ale już na miejscu nie znalazłem siły żeby jeszcze wczoraj usiąść i napisać choćby parę słów. Muszę przyznać że wyjazd do Eftelingu nie należy do najtańszych – za bilety płaci się dość dużo a i na miejscu mimo góry kanapek ciężko nie zjeść czegoś ciepłego albo wręcz przeciwnie – loda, za to w cenie biletu dostaje się niemal wszystko – za atrakcje nie trzeba płacić (no chyba że w salonie gier albo za pamiątkowe monety z automatów) a ilość wrażeń i zachwyt w oczach dzieci (naszych też, nie ma co ukrywać) wart jest ceny. Po tak pełnym emocji wczorajszym dniu, dziś spaliśmy niemal do dziesiątej a potem, korzystając z wciąż ładnej pogody, wybraliśmy się na kolejną rowerową wycieczkę po okolicy. Spokojnymi lokalnymi ulicami, częściowo wśród szkółek leśnych a częściowo po prostu po lesie pojechaliśmy do Westerlo, gdzie okrążyliśmy tamtejszy zameczek – który wygląda na własność prywatną i nie jest wprost dostępny dla zwiedzających – a na rynku zostawiliśmy na chwilę rowery, pospacerowaliśmy i zjedliśmy lody. Przejechaliśmy dziś ponad dwadzieścia kilometrów i wygląda na to że jak na taki wyjazd z jednym dłuższym postojem był to górny limit – Tosia narzekała pod koniec na twarde siodełko a Magda na bolące nogi. Fakt że wracaliśmy pod wiatr nie działał na naszą korzyść, ale dziewczyny były bardzo dzielne. Wieczorem byliśmy jeszcze „na proszonej kolacji” u siostry naszego gospodarza, gdzie mieliśmy okazję poznać większą część rodziny a także po części oficjalnej i deserze – obejrzeć rowery poziome Fransa (brata naszego gospodarza). Asia miała nawet okazję przejechać się kawałek, a na mnie jak na złość wszystkie okazały się za długie (ech te krótkie nogi) więc musiałem się zadowolić namiastką w postaci próby jazdy na stacjonarnej wersji „poziomki” ;)

Może Ci się również spodoba