Delft – z wizytą w holenderskiej fabryce porcelany

Każdy napotkany przez nas w poprzednich dniach sklep z pamiątkami musiał mieć obowiązkowo co najmniej jedną półkę wypełnioną porcelanowymi wyrobami zdobionymi charakterystycznym niebieskim kolorem. Poza wiatrakami, serami i sabotami Delfteńska porcelana jest jednym ze znaków rozpoznawczych Holandii. Oczywiście w sklepach z pamiątkami próżno szukać prawdziwych rzemieślniczych wyrobów, należy raczej spodziewać się że sprzedawana tam „porcelana” dotarła drogą morską z Chin, jak miało to miejsce przed wiekami. Kłopot w tym że dzisiejsze rezultaty masowej produkcji raczej dalekie są od swoich sławnych pierwowzorów. O prawdziwym kunszcie wyrobu porcelany mogliśmy przekonać się w fabryce Royal Delft, którą dziś odwiedziliśmy – zwiedzanie rozpoczyna się tutaj od dwóch filmów – pierwszy prezentuje historię sprowadzenia do Holandii chińskiej porcelany, szybki rozwój lokalnych zakładów, ich kłopoty spowodowane rozwojem produkcji porcelany w Wielkiej Brytanii i powtórny rozkwit z końcem XIX wieku.

Drugi film przedstawia współczesny proces produkcji – od projektu i wykonania gipsowej formy, poprzez wypełnienie jej płynną glinką, wysuszenie i wygładzenie odlewu, dalej pierwsze wypalenie, zdobienie przez wprawnego malarza i kolejne wypalenie dla otrzymania gotowego produktu. Okazuje się że tutejsza fabryka potrzebuje około roku czasu na wyszkolenie wprawnego malarza w stopniu podstawowym, doskonalenie zaś może trwać nawet dziesięć lat, po których rzemieślnik taki jest uznawany za mistrza w swoim fachu. W dalszej części wystawy mieliśmy zresztą okazję przyjrzeć się pracy zarówno osób zdobiących tutejsze wyroby, ale też „zwykłych” pracowników fabryki, ponieważ częścią ekspozycji jest właśnie hala fabryczna, po której można pospacerować. Widzieliśmy więc moment wypełniania gipsowych form płynną glinką, czyszczenie i wygładzanie wysuszonych odlewów na garncarskim kole a także produkty w różnym stadium zdobienia i wypalania. Fabryka ma także kilka sal muzealnych, w których można obejrzeć mniej i bardziej unikatowe wyroby – okolicznościowe talerze, kaflowe reprodukcje znanych obrazów, kompletne zastawy ale też na przykład zestaw małych dzwonków, produkowanych na każde Boże Narodzenie jako element unikatowej kolekcji.

Wycieczkę można zakończyć w przyfabrycznym sklepie. Kłopot w tym że chyba niewielu turystów zdecyduje się na zakupy tutejszych rzemieślniczych wyrobów… Ceny odpowiadają unikalności ręcznie robionych produktów – na szczęście dla mniej zasobnych portfeli znajdzie się kilka półek wypełnionych mniej drogocennymi wyrobami – ale już bez znaku firmowego Royal Delft…

Korzystając z okazji że miasto Delft samo z siebie stanowi ciekawe miejsce do odwiedzenia, przenieśliśmy się jeszcze na chwilę na stare miasto, gdzie pospacerowaliśmy chwilę wśród starych kamieniczek. Zaciekawiło nas, że w samym centrum, na rynku, znajduje się niemal szczelnie go wypełniające targowisko i nie jest to targowisko nastawione na turystów – przypomina raczej krakowski Nowy Kleparz – miejsce gdzie można kupić zarówno ubrania, jak i trochę produktów przemysłowych, żywność, kwiaty i jeszcze coś ciepłego zjeść. Może nie do końca odpowiada ono klimatowi starego miasta, ale też sprawia że centrum tętni życiem i nie jest tylko deptakiem dla turystów.

Niestety dzisiejsza pogoda pokrzyżowała nasze śmiałe plany – odwiedzenia plaży. Mieliśmy nadzieję że uda nam się jeszcze spędzić chwilę nad Morzem Północnym… Kłopot w tym że od rana gromadzące się chmury zaowocowały po południu deszczem… Wygląda więc na to że przyjdzie nam żegnać się z Holandią bez pożegnania się z tutejszymi nadmorskimi plażami…

Może Ci się również spodoba