Budapeszt i Egerskie piwniczki

Zwijamy manatki niezbyt wcześnie – niby Węgrzy też mieli wczoraj wolne, ale ciężko przewidzieć czy w porannych godzinach będzie łatwo czy niełatwo wjechać do Budapesztu. Z moich wcześniejszych przejazdów przez miasto w drodze do Chorwacji pamiętam większe i mniejsze korki w centrum – tym razem chciałbym ich uniknąć… Sam wyjazd na drogę z campingu to lewoskręt i już tutaj tracimy chwilę czasu żeby włączyć się do ruchu – w końcu wpychamy się delikatnie i… udało się – jedziemy do Budapesztu. Droga raczej spokojna, choć GPS prowadzi nas jakby trochę opłotkami, omijając główne drogi – sporo stoimy na światłach, jeździmy małymi uliczkami ale za to samochodów wokół niewiele i jedzie sie dość płynnie. W planach mieliśmy zaparkować na strzeżonym parkingu w okolicach wzgórza zamkowego – GPS przepycha nas coraz bliżej Dunaju, w końcu jedziemy już drogą nad samą rzeką, po lewej widzimy Wyspę Małgorzaty, później parlament – a po naszej stronie rzeki, przy samej ulicy – miejsca parkingowe (N 47.504101°, E 19.03973° lub inaczej N 47° 30′ 14.77″, E 19° 02′ 23.03″). Zatrzymujemy się nie bardzo wierząc temu że tutaj za parkowanie nie trzeba płacić – jesteśmy w samym centrum, obok wzgórza zamkowego, mostu łańcuchowego, parlamentu… Okazuje się że faktcznie można tutaj parkować za darmo – w przeciwieństwie do ulicy która jest odrobinę wyżej i 10 metrów dalej od Dunaju – tam już trzeba płacić. Zostajemy więc tu gdzie jesteśmy i wspinamy sie na wzgórze zamkowe.

Sporo schodów czeka nas po drodze w górę… Kierujemy się w kierunku Baszty Rybackiej (Halászbástya). Na miejscu okazuje się że wstęp na baszty jest płatny – my jednak nie decydujemy się na płatny wstęp – tuż obok jest kawiarenka w baszcie – jeszcze wyżej niż tam gdzie trzeba płacić – tyle że tutaj płacić nie trzeba. Można za to podziwiać panoramę Budapesztu i spojrzeć z góry na innych zwiedzających. Schodzimy na plac św.Trójcy (Szentháromság tér) i kupujemy bilety do kościoła Macieja (Mátyás templom). Kościół właściwie jest pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny, ale jego popularna nazwa została przyjęta od króla Macieja Korwina który brał w nim ślub z księżniczką Beatrycze. Co ciekawe, podczas okupacji tureckiej w świątyni tej był urządzony meczet, w późniejszym czasie, podczas odbijania miasta przez chrześcijan budowla została mocno uszkodzona. Dzisiejszy wygląd zawdzięcza odbudowie prowadzonej w XIX wieku. Bogate wewnętrzne freski i zdobienia pochodzą właśnie z tego okresu. W 1916 roku odbyła się tutaj ostatnia koronacja króla na Węgrzech.

Na placu św. Trójcy spotykamy sokolnika – można sobie z sokołem zrobić zdjęcie. Jest też dużo turystów i zaczyna się robić gorąco. Powoli przemieszczamy się w kierunku głównych zabudowań zamku królewskiego. Tutaj także wiele straganów z pamiątkami (rodem z Chin), sporo turystów i piękne widoki na miasto. Przyglądamy się drodze która jeszcze przed nami – za chwilę zejdziemy ze wzgórza zamkowego w kierunku łańcuchowego mostu. Tymczasem jeszcze połowa wycieczki udaje się do galerii a druga połowa – na poszukiwanie ukrytych skrabów. Szukamy geokeszy – skrzynek ukrytych przez jednych miłośników tej gry terenowej dla innych jej miłośników. Udaje nam się na wzgórzu znaleźć trzy z nich. Jeden bardzo szybko tuż obok miejsca gdzie akurat staliśmy, drugi z pomocą niemieckich poszukiwaczy a później znowu samodzielnie trzeci – o polskim rodowodzie (założony przez polskich keszerów). Ten ostatni najładniejszy, z logbookiem oprawionym w skórkę, opieczętowanym lakową pieczęcią… Solidna robota!

Droga w dół wiedzie przez ogrody i w poprzek trasy kolejki – całkiem jak na krynicką Górę Parkową albo Gubałówkę w Zakopanem. Tyle że wagoniki zdecydowanie ładniejsze. Idziemy przez most łańcuchowy, odwiedzić bazylikę św. Stefana. Ten największy w Budapeszcie kościół jest też drugim w Budapeszcie najwyższym budynkiem. Zarówno w bazylice jak na okolicznych ulicach gromadzą się tłumy turystów, my zatem uciekamy trochę w boczne uliczki, równie urokliwe i dużo spokojniejsze. Zaglądamy do lodziarni – wybieramy różne różności – od tradycyjnie węgierskich specjałów takich jak Lúdlábtorta – szalenie czekoladowe ciasto do którego koniecznie trzeba mieć coś do popicia czy Doboz-torta – orzechowego przekładańca o delikatnym kremie aż po egzotyczne ciekawostki takie jak zupa czekoladowa o smaku pomarańczowym. Zasłodziliśmy się maksymalnie, brzuchy pełne, aż się nie chce ruszyć z miejsca…

W drodze powrotnej spotykamy ciekawy autobus – spostrzegawczy mogą zauważyć że przy przedniej szybie znajduje się cuma a drzwi są dziwnie wysoko. Wszystko to dlatego że jest to autokar – amfibia. Można nim zwiedzać Budapeszt zarówno z lądu jak i z wody. Jeśli kiedyś śladami Świstaka będę chciał przerobić autobus na kamper, wybiorę zapewne taki model – będziemy wtedy mogli nie tylko jeździć ale i oszczędzić na niektórych promach :D

Wyjeżdżamy z miasta i kierujemy się w stronę Egeru. Nie jesteśmy jeszcze pewni gdzie zatrzymamy się na noc. Po drodze decydujemy się zajrzeć najpierw do Doliny Pięknej Pani – zagłębia słynnych egerskich piwniczek z winem. Tutaj wzdłuż kilku wąskich uliczek, w zboczach góry wykute są piwnice do składowania trunku. Pełnią one rolę małych sklepików i knajpek – można usiąść ze znajomymi, spróbować lokalnych win i oczywiście zaopatrzyć się w zapas na resztę wyjazdu i do domu. My jesteśmy tutaj pierwszy raz. Z ciekawością mijamy rozstawione w polach wesołe miasteczko, przyglądamy się parkingom – może by zostać tutaj na noc… Rozmawiamy z kelnerką – poleca nam przesunąć się trochę dalej, na zakole drogi poza zapleczami restauracji. Znajdujemy tutaj “zaciszny” kącik (N 47.8911°, E 20.357972° lub inaczej N 47° 53′ 27.96″, E 20° 21′ 28.7″) – zaciszny o tyle że niemal w krzakach, wśród kilku zaparkowanych przy drodze osobówek, kilkadziesiąt metrów od głównego placu.

Jest blisko ósmej wieczorem. Parkingi nie są już płatne, kolejne opłaty będą zbierane dopiero jutro około południa. Idziemy pospacerować wśród piwniczek – turystów sporo, ruch duży, wszędzie słychać język polski. Zastanawiamy się jak ci wszyscy ludzie stąd wyjadą – z rozmów słychać że są umówieni na konkretne godziny na odjazd autokaru – dla nas to dobrze, może nie będzie zbyt wielu biwakujących na miejscu. Idziemy jeszcze zaglądnąć do wesołego miasteczka i wracamy do kampera. Na głównym placu rozkłada się kapela dęta – zaczynają grać wiązanki przebojów a my zerkamy dyskretnie na zegarki – jest dopiero dziewiąta… Może do dziesiątej skończą? Nie skończyli. Kapela grała niemal do północy, co nie przeszkadzało specjalnie naszym dzieciom zasnąć. Imprezowiczów było słychać jeszcze trochę później, ale nikt nas nie niepokoił. A co zastaliśmy rano… to już w kolejnym odcinku…

Może Ci się również spodoba