Żeglarski koniec sezonu

Wróciłem właśnie z (można powiedzieć) tradycyjnego już wyjazdu na koniec sezonu żeglarskiego. W tym roku wyjątkowo zdecydowałem się wziąć większy jacht – na dziesięć a nie na osiem osób – licząc na to że uda mi się znaleźć załogę. O ile przy ośmiu osobach bywało różnie, czasem zostawało nam jedno miejsce, czasem ktoś wskakiwał w ostatniej chwili – tym razem niemal od razu miałem pełną obsadę i to samych przyjaciół i dobrych znajomych – w tym trójkę dzieci. Sytuację w tym ostatnim tygodniu przez większość czasu kształtowały wyże z nad Atlantyku więc pogodę mieliśmy wyśmienitą – ciepło, słonecznie, delikatny wiatr – w sam raz na spokojny relaks pod żaglami, bo na ostre żeglarstwo się nie nastawialiśmy. Co dzień wizyta z zatoce i kąpiel z łodzi, dwa noclegi na kotwicy, dwie wizyty w małych portach na równie małych wyspach… Tydzień oderwania się od rozpoczynającego się na nowo po wakacjach pracowo-szkolnego kieratu.

Nie będę tu opisywał jak wyglądał nasz rejs, chciałem tylko dla pamięci zapisać kilka myśli które pojawiają się w mojej głowie. Po pierwsze rejs z dziećmi – dwie ośmiolatki i pięciolatka dały sobie znakomicie radę. Owszem – trzeba było ich pilnować a na manewry portowe po prostu wysyłaliśmy je na dół do mesy dzięki czemu spokojnie i bez „zawracania głowy” cumowaliśmy i kotwiczyliśmy. W ubiegłym roku na naszym rejsie była tylko Madzia i widać było że brakuje jej dziecięcego towarzystwa – w tym roku dziewczyny organizowały sobie większość czasu samodzielnie, wymyślając zabawy we własnym towarzystwie i uczestnicząc w żeglarskim życiu. Brakło nam trochę czasu na śpiewanie szant, a może nie tyle czasu co wodzireja… Po drugie wizyty w zatokach – w ubiegłych latach bardzo dobrze sprawdził się model pływania z postojem w zatoce w najgorętszych godzinach dnia – spędzaliśmy ten czas na kotwicy, pływając wokół łodzi, nurkując bliżej brzegu, opalając się i przygotowując obiad. Woda teraz nie jest już tak ciepła jak w lecie, więc ciepły posiłek zaraz po pływaniu był bardzo mile widziany i znakomicie działał na ciało i ducha :)

Po trzecie Kaprije – stary człowiek i miasto. Przydarzyła nam się niesamowita przygoda – pewnego popołudnia, z głupia frant wybraliśmy nieznaną nikomu z nas wyspę z małym portem jako nasze następne miejsce na nocleg. Dopłynęliśmy wieczorem w sam raz żeby zdążyć zrobić małe zakupy przed zamknięciem sklepu i zorientować się że na całej wyspie jest tylko to jedno miasteczko w którym chyba jedynym samochodem dysponuje straż pożarna a ludzie toczą życie które wygląda na spokojne i leniwe. Mieliśmy pomysł żeby tutaj wybrać się na kolację do lokalnej restauracji, więc zagadnęliśmy człowieka który pobierał opłaty w porcie o polecany lokal. Kiedy już byliśmy w drodze do tej niezbyt dalekiej restauracji, zagadnął nas Blaż – człowiek na oko osiemdziesięcioletni, pytając czy nie byli byśmy zainteresowani zakupem jego domowych wyrobów. Jako fan suszonych fig zapytałem czy je też posiada w swojej ofercie a kiedy okazało się że tak, bez wahania zaprosiłem go na spotkanie następnego dnia rano. Od słowa do słowa doszliśmy też do celu naszego dzisiejszego spaceru i Blaż zaproponował nam inną restaurację. Trochę w ciemno wybraliśmy się więc pod jego przewodnictwem do lokalu zdecydowanie mniej eksponowanego i położonego w dalszej części portu. Tutaj okazaliśmy się jedynymi gośćmi, podjętymi i obsłużonymi w przemiły sposób – a i do potraw nie mieliśmy żadnych zastrzeżeń – sałatka z ośmiornic i „czipsy”  z małych rybek w ramach przystawki, ryby z grilla przyrządzone sprawnie i bardzo smacznie, dla dzieci „czewapczici” (cevapcici) czyli grillowane paluszki z mielonego mięsa, białe grasevino… Nie jest łatwo trafić na Kaprije, a jeszcze trudniej do tej restauracji, ale jeśli wiatry zaniosą was w tamte rejony to zajrzyjcie do Sampjer – nie będziecie żałować. Z ciekawostek – dostaliśmy deser na który nigdy wcześniej w Chorwacji nie trafiłem Semifredo. Owszem – nie jest on typowo chorwacki a raczej włoski, ale bardzo dobry – lekko zmrożony, trochę jak lody, trochę jak tort, z orzechami, bardzo lekki i przyjemny na zakończenie ciepłego dnia. Na koniec naszej biesiady zjawił się Blaż z koszykiem swoich wyrobów – oliwą z oliwek, octem, kaparami, figami suszonymi i sardelami. Właściwie to wykupiliśmy niemal cały jego kosz… Umówiliśmy się też na spotkanie i spacer po wsi na następny dzień rano.

Rankiem większa część załogi wybrała się na przechadzkę z Blażem – po wsi w której się urodził, wychował i mieszka dzisiaj a której męska część mieszkańców dawniej niemal w całości pływała po morzach. Blaż pływał jako Chief Steward przez ponad czterdzieści lat i zdarzyło mu się nawet bywać w Gdańsku… Poprowadził nas wąskimi uliczkami miasteczka w górę – w kierunku kościoła i cmentarza – opowiadając po drodze historię kolejnych domów i ludzi – gdzie mieszka pielęgniarka która opiekuje się zdrowiem mieszkańców wyspy, gdzie mieszkała rodzina piekarzy, którzy przez ponad sto lat produkowali chleb na potrzeby mieszkańców wyspy a w swoim czasie w kilku domach ich rodzina liczyła ponad sześćdziesiąt osób. Zobaczyliśmy też gdzie mieszkała jego rodzina, rodzina jego żony, które domy są do kupienia a które zostały kupione i przez kogo (zadziwiająco dożo domów należy do Słoweńców). Dotarliśmy do małego kościółka, odnowionego staraniem mieszkańców i obejrzeliśmy cmentarz, na którym usłyszeliśmy kto był dobrym a kto złym człowiekiem, kto lubił piwo i dużo gadać i gdzie leży większość znajomych Blaża… Niesamowicie było tak wędrować ze świadkiem przemian tych wszystkich lat, który teraz spokojnym i ironicznie oceniającym okiem spogląda na życie młodych którzy wyjeżdżają z wyspy zostawiając ją we władanie starym ludziom. Ostatnia szkoła została już dawno zamieniona na  ambulatorium do którego lekarz dociera jeden raz w tygodniu – dzieci nie ma na wyspie już od wielu lat. Plac na którym dawniej po mszy spotykały się całe rodziny – panie w jednym końcu, panowie w drugim, na plotkach, rozmowach o łowieniu ryb i wieczornych tańcach. Gaje oliwne pokrywające ponad połowę wyspy – obecnie przez nikogo nie uprawiane i popadające w ruinę… Ścieżki którymi jako chłopiec Blaż prowadził owce na wypas i po których jako dziecko ganiał ze swoją przyszłą żoną nie wiedząc jeszcze że przyjdzie im spędzić razem większość życia…

Jedną z wcześniejszych nocy spędziliśmy w porcie Molat na wyspie Molat – jest to też mała spokojna miejscowość na niewielkiej wyspie, choć klimat nie jest aż tak leniwy jak na Kaprije. Córka piekarza jeździ jednym z nielicznych samochodów rozwożąc chleb i wypieki po wyspie a w międzyczasie sprzedając go w małym sklepiku w centrum miasta. Tutaj ze zdziwieniem odkryłem piętno wojny – ale nie ostatniej bałkańskiej, a drugiej wojny światowej – resztki obozu koncentracyjnego prowadzonego w latach 1942-1943 przez włoskiego okupanta… Nigdy dotąd pływając po wyspach nie myślałem o tym że kraj ten często był pod okupacją różnych innych i jego historia jest naprawdę burzliwa – a tutaj trafiłem na miejsce tak niesamowite choć niemal zapomniane…

Może Ci się również spodoba