Poniższy reportaż jest w istocie zbiorem artykułów opublikowanych na blogu. Jako taki ma strukturę mocno podzieloną - zgodnie z chronologią publikacji kolejnych wpisów. Odnośniki w tekście prowadzą do stron internetowych odwiedzanych przez nas atrakcji, map i zdjęć a nagłówki kolejnych artykułów - do ich oryginalnych wersji na blogu.

Od dziś mieszkamy w Belgii…

Dom od frontu … wprawdzie tylko przez dwa tygodnie, może parę dni dłużej – ale jednak. Za pośrednictwem portalu Intervac podróżowaliśmy już w okolicy sylwestra do Holandii, teraz przyszła pora na wymianę domów z Belgami. Kiedy dziś rano dotarliśmy do Hulshout, zastaliśmy naszych gospodarzy kończących pakowanie rzeczy i gotowych do śniadania. Śniadanie zjedliśmy więc wspólnie, przy okazji ucząc się układu kuchni i informując wzajemnie o najważniejszych sprawach dotyczących naszych domów. Kiedy to piszę, „Nasi Belgowie” dojeżdżają już do Krakowa i niebawem znajdą się w naszym domu. Ich doświadczenie z Intervac i wymianami domów jest sporo większe niż nasze, więc sądzę że zadomowienie się nie będzie dla nich problemem – a w razie czego istnieją przecież telefony :)

Dom pasywny Wyjeżdżając poprzednio do Holandii, mieszkaliśmy zazwyczaj na terenach typowo wypoczynkowych albo w mieście. Tutaj znaleźliśmy się „na wsi” – ciężko mi jeszcze powiedzieć na ile typowej dla Belgii, bo niewiele tych tutejszych wsi widzieliśmy. Jak należało się spodziewać, bardzo schludne domki otoczone są porządnie utrzymanymi ogródkami i przejeżdżając przez kolejne miejscowości zastanawialiśmy się czy w naszych polskich warunkach jest w ogóle możliwe osiągnięcie takiego stanu wsi (a jeśli tak – to kiedy). Co ciekawe, widzi się tutaj naprawdę sporo zagród z końmi, krowami, kozami – mimo tego że patrząc na domy nie koniecznie daje się odczuć że jesteśmy na terenie wiejskim – czuję się raczej jak w dzielnicy willowej. Mimo to ludzie hodują zwierzęta – a po wielkości tych hodowli widać że nie jest to źródło ich utrzymania, tylko dodatkowe zajęcie. Nawet nasz bezpośredni sąsiad, brat gospodarza, hoduje kurczaki które mamy dokarmiać jadalnymi resztkami z naszego stołu :) Z ciekawostek należy jeszcze napisać że dom w którym obecnie mieszkamy jest domem pasywnym – akumuluje energię słoneczną, ogrzewany jest pompą ciepła, dach ma pokryty ogniwami fotowoltaicznymi…

Klawiatura AZERTY Nasi gospodarze pozostawili do naszej dyspozycji komputer (podobnie jak i my zostawiliśmy jeden do ich dyspozycji) – bardzo ładnego Apple. Kłopot jedynie w tym, że w Belgii króluje zupełnie inny układ klawiatury – AZERTY, więc o pisaniu bezwzrokowym mogę zupełnie zapomnieć. Co ciekawe, klawiatura tego typu ma cyfry umieszczone na przyciskach ze znakami narodowymi i co ciekawsze – cyfry uzyskuje się po wciśnięciu SHIFT – zupełnie odwrotnie niż „u nas”. Pisanie w ten sposób większych liczb jest dość męczące, tym bardziej że CAPS nie rozwiązuje sprawy :) Na szczęście dla nas, mamy ze sobą także laptopa, a na szczęście dla naszych gospodarzy (którzy znowuż nie są przyzwyczajeni do klawiatury QWERTY) oni wzięli ze sobą iPada.

Trampolina w ogródku Dziś jeszcze (po częściowym odespaniu podróży) wybraliśmy się do pobliskiego Heist-Op-Den-Berg żeby zaznajomić się z tamtejszym dworcem kolejowym (który ma być dla nas punktem startowym do kilku wycieczek), zobaczyć miasto samo w sobie i poszukać sklepów – w szczególności spożywczych. Najbliższy okazał się być zlokalizowany właściwie tuż pod naszym bokiem w Hulshout. Kolejny wypatrzyłem już później, na samotnej wycieczce rowerowej po pobliskich miejscowościach. W Belgii sklepy są zasadniczo zamknięte w niedziele, ale ponieważ nasi gospodarze wyposażyli lodówkę na nasze przybycie, nie czujemy na razie potrzeby robienia większych zakupów. Czas który ja spędzałem na odsypianiu a Asia na rozpakowywaniu, dziewczyny wykorzystały między innymi na wypróbowanie trampoliny zainstalowanej w ogródku :) Przyglądając się jej, doszliśmy do wniosku że taka trampolina plus basen podobnej wielkości zajęły by w sam raz przestrzeń w naszym ogródku. Może jest to pomysł na czas kiedy znudzi się nam koszenie trawy?

Pies który zwie się Bo Nowym dla nas doświadczeniem jest opieka nad psem, którego nasi gospodarze nie zabierali ze sobą – licząc na to że nie damy mu zginąć, a jeśli napotkamy jakieś problemy to pomoże nam ich tutejsza rodzina. Suczka wabi się Bo i jest polskim owczarkiem nizinnym (PON). Okazała się bardzo przyjazna i spokojna, co dobrze wróży w jej kontaktach z naszymi (dość nerwowo podchodzącymi do psów) dziewczynami -traktuję to jako dobrą okazję do „oswojenia” ich w kontakcie z psem – za to bez potrzeby kupowania własnego :) Swoją drogą ciekawe jak wzajemne relacje dziewczynek i Bo będą się kształtowały pod koniec naszego pobytu – na dzień dzisiejszy zdążyliśmy przyzwyczaić się że Bo lubi za nami połazić (co szczególnie niepokoiło Tosię) i poćwiczyć aportowanie.

Jeszcze słówko o rowerach – okazało się że rower który miał być dla Madzi jest trochę za duży i musimy pożyczyć mniejszy (co mam nadzieję uda się załatwić za pośrednictwem siostry naszego gospodarza) – więc musieliśmy odpuścić sobie w dniu dzisiejszym wspólną wycieczkę rowerową. W efekcie tego Asia pojechała sama do centrum na krótki rekonesans, a później ja wybrałem się na sporo dłuższą wycieczkę po okolicznych miejscowościach. Rejon w którym się znajdujemy jest bardzo płaski, więc na wycieczki rowerowe nadaje się idealnie, do tego infrastruktura jest naprawdę znakomita (przejechałem 20 km niemal ani razu nie zjeżdżając z drogi rowerowej) a i podejście kierowców do rowerzystów jest bardzo dobre. W tych warunkach nie mamy żadnych obaw przed podejmowaniem wspólnych wycieczek z dziećmi.

Pociągiem do Brukseli

W pociągu Dziś, ze względu na niedzielę postanowiliśmy wybrać się pociągiem do Brukseli. „Ze względu na niedzielę” ma co najmniej dwa znaczenia – chcieliśmy wybrać się na mszę po polsku a jednocześnie skorzystać z kolejowego biletu weekendowego który pozwala na podróżowanie po sporo obniżonej cenie. W Belgii dzieci podróżujące pod opieką dorosłych nie płacą za przejazd pociągiem (dotyczy dzieci do 12 roku życia), więc nasza podróż kosztowała około 17 euro (za całą czwórkę, tam i z powrotem). Licząc przejazd samochodem (100 kilometrów w obie strony czyli 8 litrów paliwa po 1,4 euro plus parking) cena tego typu wycieczki jest taka sama o ile nie wyższa. Owszem, gdybyśmy podróżowali w cztery dorosłe osoby albo płacili za dzieci to kalkulacja nie była by już tak korzystna, ale do wymiaru ekonomicznego należy jeszcze dodać brak problemów z parkowaniem i trafieniem na właściwe miejsce :)

Produkcja pralinek Ponieważ złapaliśmy pociąg który przyjechał do Brukseli sporo przed dziesiątą, niespiesznie wybraliśmy się z dworca centralnego w kierunku muzeum czekolady, które mieści się niemal przy samym rynku. Muzeum otwiera swoje podwoje właśnie o dziesiątej, więc spokojnie spacerując penetrowaliśmy okoliczne uliczki i całkiem przez przypadek trafiliśmy na mszę po angielsku w pobliskim kościele – z której „skorzystaliśmy”, co później okazało się być dobrym pomysłem. Po mszy przeszliśmy już prosto do wyczekiwanego przez wszystkich muzeum czekolady – aby trafić w sam raz na początek pokazu produkcji pralinek. Dowiedzieliśmy się że dawniej używane formy stalowe (za zimne) i ebonitowe (za kruche) zostały zastąpione formami plastikowymi (które łączą trwałość i właściwe utrzymywanie temperatury), zobaczyliśmy jak taką formę można wypełnić i w jak prosty sposób zrobić w niej same otoczki do pralinek – okazuje się że foremkę wypełnia się po prostu w całości płynną czekoladą, stukając o blat stołu wydobywa się z niej bąbelki powietrza a następnie foremkę po prostu się odwraca i wylewa nadmiar czekolady. Czekolada w bloku W czasie potrzebnym na wystukanie powietrza, warstwa około 2-3 milimetrów czekolady przywiera do foremki, podczas gdy pozostała jej część jest wciąż płynna. Ta płynna część wylewa się i w formie pozostają same otoczki do pralinek. Muszą one wystygnąć (około 1-2 godzin) a wtedy już można je napełnić nadzieniem i przykryć spodnią warstwą czekolady. Z ciekawostek – dowiedzieliśmy się też że do przygotowania odlewów popularnych postaci – np. Myszki Mickey, używa się np. zwykłych dziecięcych masek karnawałowych – podobnie jak „profesjonalną” formę wypełnia się je czekoladą, odczekuje aby wierzchnia warstwa stwardniała i wylewa nadmiar. W samym muzeum znajduje się sporo akcesoriów związanych z produkcją, sprzedażą i spożyciem czekolady – między innymi całe zestawy do przygotowywania czekolady pitnej, stalowe i ebonitowe formy do pralinek, maszyny do kształtowania masy czekoladowej… Można też oczywiście spróbować różnych rodzajów czekolady, ale chyba najlepsza jest nie tyle czekolada „po prostu”, ale czekolada najbardziej świeża z możliwych – nabrana na herbatnik prosto z maszyny która ją przygotowuje… Niebo w gębie.

Manneken Pis Mieliśmy  Notre Dame de la Chapelle - witraż chytry Notre Dame de la Chapelle - ambona plan żeby odwiedzić też centrum naukowe Scientastic, ale ze względu na godzinę jego otwarcia (14:00) wybraliśmy się na poszukiwanie Manneken Pis i kościoła Notre Dame de la Chapelle. Czy wspomniałem że w naszym porannym roztargnieniu zapomnieliśmy zabrać mapy Brukseli? Na całe szczęście wystarczająca okazała się mapa dostępna w telefonie i po niedługim spacerze trafiliśmy na najbardziej bodaj znaną postać w tym mieście – Manneken Pis. Przegoniliśmy spod płotu brygadę Japończyków żeby zrobić zupełnie niepozowane zdjęcie (uśmiech numer 5 – jestem na wycieczce) i poszliśmy dalej – coraz bardziej kuszeni zapachami dochodzącymi z czekoladziarni i sklepów z goframi. Kolejnym przystankiem był kościół Notre Dame de la Chapelle – najstarszy kościół w Brukseli – który jest jednocześnie domem polskiej misji i dzięki temu można tutaj uczestniczyć w mszy po polsku. W tą niedzielę już nie mieliśmy takiej potrzeby, ale ponieważ zamierzamy przyjechać tutaj jeszcze przynajmniej w którąś z kolejnych – pewnie będzie okazja. W samym kościele znajduje się między innymi ciekawa ambona – w całości rzeźbiona w drewnie na kształt drzew palmowych – oglądając ją z tyłu można zastanawiać się na co właściwie się patrzy. Piękne witraże, stare ołtarze w bocznych kaplicach – ale już ołtarz główny jest dziełem jakiegoś bardziej współczesnego artysty i – szczerze mówiąć – nie bardzo pasuje do reszty wnętrza.

Antykwariat - bałagan „Antykwariat”  Antykwariat - lampa - Antykwariat - kajak tak Antykwariat - szklane boje głosił Antykwariat - umywalki napis Antykwariat - krzesła nad lokalem znajdującym się niemal na przeciwko głównego wejścia do Notre Dame. Antykwariat o powierzchni 1000m2! Trafiliśmy tutaj i wsiąkliśmy w nim na ponad godzinę. Czułem się jakbym buszował po strychu w domu jakiegoś bogatego krewnego, któremu nie bardzo opłacało się wyrzucać cokolwiek. Do tej pory mam wrażenie że właściciele tego lokalu powinni pobierać opłaty za sam wstęp i możliwość obejrzenia na przykład stalowej suszarki do włosów z kablem w izolacji z materiału (jak stare żelazka) i obrotowym wyłącznikiem z ebonitu, kolekcji dziecięcych krzesełek w różnych kolorach – upakowanej na schodach, starych telefonów, lamp, kafli, kanistrów, fragmentów żyrandoli i całych umywalek… Aż ciężko opisać – to trzeba po prostu zobaczyć, poczuć ten labirynt starych sprzętów wśród których nawet odwracać trzeba się z dużą uwagą żeby nie strącić na podłogę jakiegoś kawałka historii…

Po tym najciekawszym dla mnie elemencie dzisiejszej wycieczki rozpoczęliśmy nasz powrót w kierunku rynku i centrum Scientastic. Po drodze przyszedł czas na spróbowanie słodyczy którymi kuszą lokale w całym centrum. Na pierwszy ogień poszły gofry (jeden z nutellą a drugi z truskawkami i bitą śmietaną) które okazały się być robione z ciasta dużo słodszego niż u nas – w praktyce tutejsze gofry są tak słodkie że można je jeść same, bez dodatków. Madzia, która nastawiła się na pralinki, dostała swoją porcję słodkości z jednego z licznych sklepów. Koniec końców, kiedy dotarliśmy do Scientastic, dziewczyny były już dość zmęczone sporą porcją chodzenia a i potrzeby (powiedzmy) kulinarne zostały zaspokojone. Scientastic okazał się być zlokalizowany w części pomieszczeń należących do podziemnej stacji metra i wyglądał dość niepozornie. Po krótkiej rozmowie z obsługą dowiedziałem się że wprawdzie większość eksperymentów tutaj prezentowanych ma opisy także po angielsku – ale skierowane są do dzieci nieco starszych niż nasze – w wieku 12-16 lat. Ta informacja skłoniła nas do rezygnacji z tego punktu programu – co zostało entuzjastycznie przyjęte także przez dziewczynki. Spacerem udaliśmy się więc na stację i wsiedliśmy do najbliższego pasującego nam pociągu.

Węzły - oznakowanie trasy pieszej Ponieważ Oznakowanie węzła rowerowego jesteśmy jeszcze w trakcie organizowania roweru dla Madzi, każde z nas wybrało się dziś na przejażdżkę na własną rękę. Asia do centrum w Heist-op-den-berg a po jej powrocie ja – sprawdzić co oznacza w praktyce Natuurreservaat który wypatrzyłem na mapie. Podróżując po Belgii na rowerze, można wybrać jeden z dwóch modeli zwiedzania – albo użyć zwykłej w miarę dokładnej mapy samochodowej lub turystycznej albo posłużyć się mapą z węzłami rowerowymi. Zwykła mapa przydaje się kiedy chcemy trafić do konkretnej miejscowości jeżdżąc drogami uczęszczanymi także przez samochody – nie spotkałem tutaj takiej drogi, wzdłuż której nie prowadziła by ścieżka rowerowa. Mapa z węzłami jest rozwiązaniem typowo turystycznym – jest to dość dokładna mapa (a właściwie zestaw map) w skali 1:65000 na których zaznaczono numerowane węzły tras. Węzły rowerowe - mapa Każdy węzeł wiąże się z jakimś charakterystycznym punktem – zabytkiem, monumentem, mostem, czasem parkingiem albo placem zabaw. Węzły połączone są między sobą trasami rowerowymi, które na mapie zaznaczone są wraz z informacją o rodzaju nawierzchni, oddzieleniu trasy od ruchu drogowego i odległościach. W terenie, w każdym węźle znajduje się informacja którędy należy udać się do kolejnych a także wzdłuż trasy w miejscach które mogą wzbudzać wątpliwości możemy natknąć się na małe drogowskazy pokazujące po prostu kierunek do węzła do którego prowadzi dana droga. W praktce widziałem dziś rowerzystów którzy na kierownicy mają przyczepioną nie tyle mapę, co małą listę z kolejnymi węzłami które mają odwiedzić – dzięki temu ich trasa jest jednoznacznie wyznaczona i nie ma potrzeby zerkać co chwilę czy jest się na właściwej drodze. Odległości między węzłami są niewielkie – od 500 metrów do kilku kilometrów – a sieć tras rowerowych jest tak gęsta że nie ma problemu żeby wyznaczyć sobie pętlę i nie wracać tą samą drogą. Podobny system jest tutaj stosowany dla pieszych turystów, z tym że zamiast informacji o separacji ruchu od samochodów, trasy oznaczone są od tego w jakim obuwiu można je pokonać – od najtrudniejszych (gumiaki) po najprostsze – dostępne dla osób np. na wózkach inwalidzkich.

Zwiedzanie okolicy

Przerwa na trasie Dzisiejszy dzień mieliśmy tak czy siak przeznaczony na rozrywki lokalne – nie mieliśmy pewności czy dotrze rower dla Madzi, więc nie nastawialiśmy się konkretnie na wycieczkę rowerową, ale trasę miałem już wstępnie przygotowaną. Jak okazało się już wkrótce po śniadaniu, siostra naszego gospodarza pamiętała o naszych potrzebach i zorganizowała środek transportu o rozmiarze właściwym dla polskiej ośmiolatki (cały czas odnoszę wrażenie że dzieci tutaj są jakby bardziej wyrośnięte, no – może nie tylko dzieci – nawet spośród „dorosłych” rowerów udało nam się dopasować do nas tylko te dwa najmniejsze :) ). W związku ze skompletowaniem naszej stajni, podzieliliśmy się obowiązkami przedwyjazdowymi – robieniem kanapek i przygotowywaniem rowerów – i już chwilę później, korzystając z bardzo ładnej dzisiaj pogody i wszelkich dobrodziejstw rowerowej infrastruktury, ruszyliśmy na niespieszne zwiedzanie okolicy.

Ruiny kościoła w Westmeerbeek W planach miałem spokojną przejażdżkę w kierunku Natuurreservaat het Goor Asbroek, który miałem okazję odwiedzić wczoraj w trakcie mojego samotnego wyjazdu – starałem się aby nasza trasa przebiegała jak najmniej wzdłuż główniejszych dróg. Wprawdzie uprzejmość tutejszych kierowców w stosunku do rowerzystów jest naprawdę wielka, ale nie koniecznie chciałem jechać z dziećmi tuż obok ruchliwej ulicy – tym bardziej że obie nie są zaprawione w tego typu wyjazdach (żeby nie powiedzieć że dla obu była to pierwsza prawdziwie dłuższa wycieczka rowerowa). Nie można jeszcze zaufać Madzi że ruszy wystarczająco szybko na skrzyżowaniu, trzeba nastawić się na pokonywanie ich pieszo – po prostu normalne przechodzenie przez ulicę. Na szczęście w większości przypadków trasa rowerowa jest tak przygotowana że przejeżdża się z pierwszeństwem i wystarczyło zwykłe rozejrzenie się odpowiednio wcześniej żeby zadecydować że jedziemy bez zatrzymywania się.

Długa prosta Duża część naszej trasy przebiegała wzdłuż rzeki której nazwy nie jestem w stanie znaleźć – droga tam to właściwie dwie wydeptane i wyjeżdżone ścieżki w trawie, część odcinka wiedzie też drogą szutrową wzdłuż brzegu. Tereny spokojne, zaraz po zjechaniu z ulicy przestaje się słyszeć samochody a bliskość rzeki i spore zadrzewienie daje przyjemny chłód – co, jak się okazało, było mniej przyjemne dla Tosi, która mniej obciążona pedałowaniem trochę nam zmarzła. Minusem jazdy ubitymi ścieżkami (całe szczęście że nie po trawie) jest większy wysiłek który trzeba włożyć w pokonywanie kolejnych kilometrów – co znowuż dało się we znaki Madzi, która dzielnie walczyła ze zmęczeniem. Pierwszy postój zrobiliśmy na moście na którym znajduje się węzeł szlaków rowerowych a przy okazji jeden z dłuższych w okolicy (ponad 17 kilometrów) fragmentów prostej drogi – która wygląda jak pozostałość linii kolejowej między Herentals a Aarschot. Oczywiście teraz jest tam po prostu dłuuuga wyasfaltowana droga biegnąca przez szereg miejscowości i uczęszczana przez duże ilości rozpędzonych rowerzystów szosowych. My nie zaliczaliśmy się do tej grupy i bez żalu pojechaliśmy dalej wzdłuż rzeki by za chwilę dotrzeć do Natuurreservaat.

Wiatrak Co ciekawe dla nas, wzdłuż tras rowerowych i pieszych ciężko jest o miejsce w którym dało by się spokojnie usiąść na popas. Na całej trasie dzisiejszej wycieczki spotkaliśmy słownie trzy ławeczki dla turystów – reszta to po prostu przystanki autobusowe. Podobnie wczoraj w Brukseli – na popas zatrzymaliśmy się na schodach nieczynnej restauracji. Może po prostu tutejsi turyści nie jeżdżą z własnymi kanapkami jak my, ale zatrzymują się w lokalach gastronomicznych których – trzeba przyznać – nie brakuje :) Przez rezerwat po prostu przejechaliśmy spokojnym tempem, przy okazji przyglądając się wybudowanym tam domkom (mniej lub bardziej letniskowym) i postanowiliśmy wracać trasą bardziej asfaltową, żeby było łatwiej pedałować. „Asfaltowa” trasa jak większość w okolicy jest tak naprawdę betonowa, a jej główną zaletą jest równa nawierzchnia i wyraźne oznaczenie która część drogi jest drogą dla rowerów. Mimo sporego ruchu samochodów na następnym fragmencie naszej przejażdżki, droga mijała spokojnie i niedługo później zrobiliśmy drugi popas przy ruinach kościoła w Westmeerbeek. Stąd już dużo spokojniejszymi drogami dojechaliśmy do znajdującego się tuż obok naszego domu wiatraka – który był ostatnią atrakcją na naszej trasie.

Na trampolinie Całość trasy to około 17 kilometrów – Madzia przejechała ją o własnych siłach na sporej wielkości rowerze (jeszcze odrobinę większy i nie była by w stanie sięgnąć pedałów :) ), Tosia była wprawdzie ciągnięta, ale przejechała samodzielnie ostatnie 1,5 kilometra po bardzo spokojnej lokalnej drodze. Obie dziewczyny wróciły do domu zmęczone, Tosia trochę zmarznięta, ale wygląda na to że zadowolone. W trasie byliśmy niemal trzy godziny – nie spieszyliśmy się specjalnie, bo nie było do czego, a i możliwości dzieci wymuszały raczej spokojną jazdę. Obiad i dłuższa chwila odpoczynku wystarczyły żeby dzieci zregenerowały siły i udały się na trampolinę – na której spędziły pół popołudnia. Swoją drogą ciekawe jak wiele zabaw można oprzeć na odpowiedniej wielkości trampolinie w ogródku – poza skakaniem indywidualnym, grupowym, leżeniem i zapasami pojawiło się też ganianie w kółko, ganianie z podskokami, hula-hop na trampolinie i sporo innych których nie miałem okazji obserwować :)

Wąski domek jakich wiele Każde z nas dziś też pojechało jeszcze na swoją indywidualną wycieczkę – oboje byliśmy w Heist-op-den-berg – Asia na zakupach spożywczych, ja wybrałem się do sklepu rowerowego – mógłbym kupić połowę rzeczy które tam widziałem, szczególnie spodobał mi się wybór sakw miejskich, ale ponieważ tutaj właściwie co drugi rower jest w takie wyposażony, to i ich ilość w sklepie wydaje się mieć uzasadnienie :) Ostatecznie w ramach zakupów nabyłem ścienny uchwyt na rower, trochę podobny do tych które już mamy, ale z odrobinę innym systemem mocowania – mam nadzieję że ułatwi mi to zawieszenie cruisera, który ma jednak sporo większe opony i nie mieści się w haku przystosowanym do zwykłych kół. Jeżdżąc po okolicach widzieliśmy sporo bardzo wąskich domów. Oboje jesteśmy ciekawi co mieści się w takim domu i jak się w nim żyje. Mam trochę wrażenie że jest to jakby większa przyczepa kempingowa – większa głównie o pięterko, bo powierzchnia zabudowy wygląda na mniejszą :) Może zdarzy się okazja do zobaczenia wnętrza takiego domu a może po prostu naszą ciekawość zaspokoi rodzina gospodarzy, która jest na miejscu (mieszkają w domach po sąsiedzku) i odgraża się że zaprosi nas na drinka któregoś wieczoru. Swoją drogą ciekaw jestem jak Belgowie radzą sobie w Polsce i czy nasi sąsiedzi mieli okazję już się z nimi zaznajomić :)

Z wizytą w nadmorskim kurorcie

Mercator - koło sterowe żaglowca Ponieważ prognozy pogody na dziś były zdecydowanie korzystne (słonecznie, około 28 stopni, zachmurzenie możliwe wieczorem) a na kolejne dni nie przedstawiają się już tak różowo, postanowiliśmy wykorzystać ten dzień na wyjazd do Oostendy – portu morskiego i kurortu o długiej historii. Wyjazd zaplanowaliśmy koleją, mimo że połączenie na odcinku tych trochę ponad 150 km dawało nam czas przejazdu ponad dwie i pół godziny (mamy jeszcze w planach wyjazd nad morze samochodem, połączony ze zwiedzaniem Brugii i Gandawy). Dojazd do stacji przesiadkowej w Antwerpii nie stanowił problemu, ale już tam odnieśliśmy wrażenie że sporo osób wpadło na ten sam pomysł – peron był zatłoczony a większość pasażerów wyglądała jakby wybierali się nad morze :) Nasze odczucia okazały się prawidłowe i niestety mimo dość długiego składu pociągu (a do tego wagonów piętrowych) naszą podróż odbyliśmy niby na siedząco – ale na schodach w przedsionku wagonu. Można powiedzieć – klasycznie, jak to w pociągu nad morze w środku sezonu. Jeśli ponadto ktoś ma wrażenie że Belgijskie koleje są bardzo punktualne, to w przypadku tego pociągu nie można tak twierdzić – do Oostendy przyjechaliśmy z niemal dwudziestominutowym opóźnieniem (które na szczęście nie było dla nas problemem, bo nigdzie się nie spieszyliśmy.

Mercator - na pokładzie żaglowca Na samym dworcu, tłum ludzi który wysypał się z pociągu i ruszył w kierunku miasta przypominał (zwartością i celowością marszu) procesję Bożego Ciała. Tylko jakoś płatków kwiatów nikt nie sypał. My przezornie oddzieliliśmy się od tego tłumu i spokojnym krokiem, podziwiając stojące w marinie jachty udaliśmy się na zwiedzanie zacumowanego tam statku szkolnego Mercator. Trasa zwiedzania przygotowana jest bardzo profesjonalnie – prowadząc po kolei przez wszystkie dostępne zakątki statku (a nie da się wejść tylko do najniższych pokładów ładowni i maszynowni), uzupełniona jest dużą ilością eksponatów ale także filmami wyświetlanymi na kilku ekranach znajdujących się pod pokładem. Dość powiedzieć że z Madzią utknęliśmy przy jednym z nich, na którym prezentowane były różne aspekty i wydarzenia z morskiego życia – praca przy żaglach, naprawy i przygotowanie lin, malowanie i naprawy statku w drodze, praca przy dużym kabestanie, nauka posługiwania się sekstantem a nawet relacja z chrztu morskiego kadetów… Żal było odrywać się od oglądania filmu, który – mimo że po francusku z napisami w jezyku flamandzkim – był wystarczająco zrozumiały nawet bez opisów. Z Mercatora ruszyliśmy już w stronę plaży – szukając jednak po drodze jakiegoś niezbyt ekskluzywnego punktu gastronomicznego – z czym wcale nie było tak prosto…

Plaża w Oostendzie Na szczęście nadmorska promenada posiada zwykłe sklepiki z frytkami, więc już niewiele później wcisnęliśmy się miedzy inne kocyki na tutejszej dość zatłoczonej plaży. Trwał akurat przypływ, więc plaży jak na złość ubywało, ale za to do wody było coraz bliżej :) Plaża to oczywiście byczenie się, trochę opalania… Woda okazała się dość zimna, więc kąpiele były umiarkowanie długie, żeby nie powiedzieć że raczej symboliczne :) Bliżej czwartej po południu słońce zaczęło znikać za chmurami, wiatr był coraz chłodniejszy a nam już trochę znudziło się to plażowe lenistwo, ruszyliśmy więc do centrum na poszukiwanie lodów (kolejka do lodziarni na promenadzie była typowo kurortowo-wakacyjna – na co najmniej pół godziny stania). Miasto, w okolicach plaży, jest niezbyt ciekawe – po prostu uliczki z licznymi sklepami, restauracjami… Zabudowa hotelowa i infrastruktura typowo dla turystów. Z kupnem lodów „na gałki” problem był większy niż myśleliśmy – było trochę knajpek w których można by zjeść lody, ale typowej ulicznej lodziarni nie udało nam się namierzyć. Za to – w przeciwieństwie do Brukseli – jest tutaj sporo więcej ławeczek (widać tutejsi turyści lubią sobie przysiąść). Ponieważ dziewczyny zaczęły nam opadać z sił, powoli zmierzaliśmy w kierunku stacji kolejowej, co było dobrym rozwiązaniem, bo przybycie na pociąg około pół godziny przed odjazdem dało nam szansę na znalezienie miejsc siedzących (dwadzieścia minut przed odjazdem było by już krucho). Obiecaliśmy sobie nie wracać w tym sezonie do Oostendy (a na pewno nie pociągiem), ale postanowiliśmy definitywnie zawitać jeszcze nad morze.

Dziś deszczowo…

Dziś podzieliliśmy się na podgrupy. Asia która miała niedosyt kulturalny wybrała się do pobliskiego Leuven na zwiedzanie muzeów (najpierw rowerem na stację kolejową a potem pociągiem na miejsce) a ja miałem w planach wyjazd na wycieczkę rowerową z dziewczynami a przy okazji zrobienie zakupów. Kłopot w tym że już podczas przygotowywania rowerów okazało się że pogoda nas rozpieszczać nie będzie – rozlało się na całego. Poczekaliśmy trochę, już, już niby się rozjaśniło ale zanim dobrze się ubraliśmy zaczęło znowu padać… Niby nie za mocno, ale jakoś nie miałem serca ciągnąć dziewczynek w deszczu. W związku z tymi przeciwnościami losu padło na model standardowy – samochodem pod sklep i spacer po sklepie :) – przynajmniej nie było problemu że nam się mięso zbytnio nagrzeje w drodze powrotnej do domu.

Pozostała część dnia upłynęła na zajęciach domowych, przygotowywaniu obiadu – a po powrocie Asi – poszliśmy wspólnie na spacer z psem. Właściwie to pies wyprowadził nas na spacer pokazując dobitnie którędy chce żebyśmy poszli. Nadal trochę siąpiło, ale było też dość ciepło i zrobiliśmy sobie miłą przechadzkę poprzez okoliczne pola kukurydzy (jakoś ciągle tą kukurydzę widzimy, ciężko wypatrzeć jakieś inne uprawy). Ja jeszcze w ramach „domęczenia się” pojechałem na małą pętlę na rowerze i można powiedzieć – mamy dzień zaliczony :) Na jutrzejszy wieczór jesteśmy zaproszeni „na drinka” do siostry i brata naszego gospodarza, robię więc sobie listę pytań o różne rzeczy które nas tutaj zainteresowały – na piątek natomiast otrzymaliśmy zaproszenie na festyn ogrodowy w jednym z okolicznych domów. Zaproszenie zawiera też numery telefonów na które należy dzwonić jeśli jednak byśmy się nie pojawili, a muzyka dobiegająca z ich ogrodu była by dla nas zbyt głośna :D

Mechelen technicznie i nie tylko

Technopolis - naelektryzowałam się! Dziś na pierwszą połowę dnia była zapowiadana dobra pogoda, którą postanowiliśmy wykorzystać na wycieczkę do Mechelen. Znajduje się tam między innymi Technopolis – centrum naukowe dla dzieci, w którym spędziliśmy ponad połowę dnia. Jest już pewną tradycją że odwiedzamy tego typu miejsca na trasie naszych podróży – między innymi w Berlinie, Nemo w Amsterdamie, ogród doświadczeń w Krakowie, wystawa w Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie… Technopolis prezentuje się na tym tle bardzo pozytywnie – duża powierzchnia, dużo eksponatów, opisy do eksponatów także w języku angielskim (dotyczy to też programów komputerowych obsługujących gry czy symulacje) – dzieci ciężko było oderwać od niektórych doświadczeń a samą wystawę opuściliśmy raczej ze względu na zmęczenie niż dlatego że już wszystko obejrzeliśmy. Oczywiście, wiele z eksponatów i doświadczeń widzieliśmy już poprzednio, ale byłem też bardzo pozytywnie zaskoczony wieloma nowymi dla mnie pomysłami. Widziałem między innymi struny, naciągnięte na tle czarnego bębna z białymi poprzecznymi pasami. Kiedy bęben był wprawiony w ruch, białe pasy przesuwały się wzdłuż strun „zamrażając” jakby ich ruch – można było zaobserwować ich drgania (wyglądało to jak zdjęcia fali stojącej) – rzecz bardzo ciekawa w obserwacji, niestety niemal nie do uchwycenia aparatem… Wyglądało to prawie dokładnie jak na tym filmie.

Technopolis - koła zębate Zdarzało nam się też wcześniej widzieć różne modele z kołami zębatymi, ale takiego pomysłu jak tutaj wcześniej nie widziałem – koła zębate są umieszczone na namagnesowanych trzpieniach i można je dowolnie ustawiać na dużej stalowej płaszczyźnie – samemu tworząc ciekawe konfiguracje przełożeń i własnego pomysłu „maszyny”. Technopolis jest też ciekawe ze względu na sporo eksponatów przyrodniczych – gier polegających na dbaniu o kwiaty, uprawie ogrodu, informacji dotyczących naszej zależności od roślin… Pojawia się nawet motyw żywności modyfikowanej genetycznie w ujęciu różnych środowisk związanych z rolnictwem, handlem, nauką czy ochroną przyrody. Centrum ma też dział dedykowany specjalnie dla młodszych odwiedzających (nominalnie dla dzieci do ósmego roku życia) w którym zostały odwzorowane w formie zabawy różne aspekty dorosłego życia. Dzieci mogą tutaj bawić się w dorosłych – mniej polegając na swojej wyobraźni a bardziej używając eksponatów – jest tutaj np. supermarket z towarami, które można wziąć do koszyka i podejść do kasy w której inne dziecko towary zeskanuje (co ciekawe, chłopcy odnajdywali się tutaj głównie w roli osób które ponownie wykładają towary na półki); jest warsztat samochodowy w którym można usiąść za kierownicą prawdziwego samochodu, zatankować go, odkręcić koło, zajrzeć pod maskę albo wręcz pod samochód… Jest bank w którym jedne dzieci „pracują” jako kasjerki a inne ustawiają się w kolejce do kasy; pizzeria w której Tosia przygotowała z (filcowych) składników własną pizzę… Całość uzupełniają pokazy odbywające się w różnych miejscach centrum.

Ambona w katedrze św. Rumbolda w Mechelen Po tym pełnym atrakcji przedpołudniu, postanowiliśmy zajrzeć jeszcze do centrum miasta – między innymi w celu zakupienia biletów na poniedziałkowy koncert carillonów. Przeszliśmy uliczkami starego miasta, odwiedziliśmy centrum informacji turystycznej i z mapą w ręku udaliśmy się do katedry, żeby zwiedzić ją na spokojnie zanim udamy się tam na wspomniany koncert. Co ciekawe tutaj też spotkaliśmy się z pięknie rzeźbioną amboną (Asia widziała tego typu dzieło także w Leuven a w niedzielę podziwialiśmy podobną w Brukseli) – zaczynają one być dla nas czymś normalnym dla starych belgijskich kościołów :) Oglądaliśmy też piękne witraże i eksponaty zgromadzone na tyłach głównego ołtarza. W Mechelen udało nam się też w końcu trafić na sklep z lodami w którym kolejka nie wymagała świętej cierpliwości. Nasza przechadzka została znacznie skrócona pojawieniem się ciemnych deszczowych chmur – do samochodu wróciliśmy wraz z początkiem deszczu, który towarzyszył nam całą drogę do domu. Na wieczór otrzymaliśmy już wcześniej zaproszenie do odwiedzenia siostry naszego gospodarza, a ponieważ mieliśmy zjawić się o ósmej, dzieci zostały w domu a my sami udaliśmy się z wizytą. Ponoć następne spotkanie ma być wcześniej, tak żebyśmy mogli zjawić się wszyscy :)

Witraż - katedra św. Rumbolda w Mechelen   Technopolis - do czego można użyć łyżek   Technopolis - pokaz   Technopolis - supermarket   Technopolis - termowizja   Witraż 2 - katedra św. Rumbolda w Mechelen   Technopolis - zabawy z wodą

Muzeum zabawek, truskawki z automatu i… rower

W muzeum zabawek w Mechelen Ponieważ na dziś zapowiadano niepewną pogodę, postanowiliśmy wybrać się ponownie do Mechelen – tym razem w jedno konkretne miejsce, czyli do tamtejszego muzeum zabawek – dawnego domu towarowego, którego trzy piętra zostały zamienione w jedno z największych tego typu centrów w europie – blisko 7500 metrów kwadratowych przeznaczonych na wystawę eksponatów, 10000 metrów kwadratowych w dyspozycji muzeum. Niestety w muzeum nie wolno wykonywać zdjęć (poza pokojem zabaw i kafeterią) więc pozostają wspomnienia wyniesione we własnej głowie :) Kolekcja jest naprawdę bogata – zarówno przekrojem tematów (lalki, misie, klocki, gry, domki dla lalek…) jak i wiekiem eksponatów. Co ciekawe znalazł się także dział zabawek afrykańskich – ręcznie robionych z drutu, drewna i resztek dostępnych dla przeciętnych afrykańskich dzieci… Musze przyznać że robi to wrażenie i daje wyobrażenie o problemach z którymi ludzie borykają się mimo że mamy dwudziesty pierwszy wiek (a żyjąc w Europie pewnych rzeczy po prostu nie dostrzegamy).

Automat do sprzedaży truskawek Z innej beczki – w muzeum spotkaliśmy wycieczkę belgijskich dzieci. Wcześniej mieliśmy okazję spotkać wycieczkę starszych dzieci (około 12-14 lat) w pociągu i zaobserwowaliśmy podobną rzecz – na wycieczkach zorganizowanych, belgijskie dzieci mają na sobie odblaskowe kamizelki w kolorach dobranych do swojej grupy a na szyi zalaminowane kartki z informacją o organizatorze, informacją o dziecku i telefonami kontaktowymi. Dzieci tutaj są przyzwyczajone do takiego „etykietowania” i wygląda na to że już ich to specjalnie nie rusza – a sądzę że i opiekunom jest łatwiej pilnować takiej grupy i kiedy już któreś z dzieci się zgubi (co nie daj Boże) to nawet obca osoba powinna poradzić sobie z doprowadzeniem zguby „do właścicieli” – nie ma problemu że dziecko się zatnie i nie powie jak się nazywa, nie wspominając już o podaniu numeru telefonu do rodziców…

Truskawki! Mimo że w muzeum spędziliśmy całe przedpołudnie (do domu wróciliśmy na obiad), dziewczyny były raczej znużone niż fizycznie zmęczone. Postanowiliśmy zatem po krótkiej sjeście wybrać się wspólnie na kolejną rowerową wycieczkę po okolicy – tym razem stricte po rowerowych szlakach między rowerowymi węzłami (tym bardziej że jedna z tras przebiega dosłownie przed naszym domem). Odwiedziliśmy więc pobliskie Morkhoven zbaczając z trasy tylko na tyle żeby obejrzeć centrum miasta (nic ciekawego) i wróciliśmy trasą „kolejową” czyli prostą drogą prowadzącą szlakiem dawniejszej linii kolejowej. Po drodze trafiliśmy na automat do sprzedaży… truskawek. Ponieważ stanowił nie lada atrakcję no i widok naprawdę ślicznych truskawek bardzo nas „pobudził” – zdecydowaliśmy się kupić dwa koszyczki – w sumie kilogram truskawek za niebagatelne 5 euro :) Asia została obarczona naszym słodkim ciężarem (rower Asi ma koszyk – mój niby posiada sakwy, ale były zapchane kurtkami przeciwdeszczowymi na wszelki wypadek i aparatem – też na wszelki wypadek) i pojechaliśmy dalej. Asia zeznała później że z trudem powstrzymała się od wyżerania naszego deseru – ponoć zapach był zniewalający :)

Madzina Gazela Po powrocie do domu czułem nadal lekki niedosyt, więc postanowiłem przejechać się jeszcze jedną pętelkę na rowerze – tym razem samemu i znacznie szybciej (dobieranie prędkości do dzieci nie pozwala się zbytnio zmęczyć). Powtórzyłem część naszej wcześniejszej trasy, wydłużając ją trochę tak aby wrócić trochę inną drogą. Jadąc już przez Hulshout, przy głównej ulicy zauważyłem dziecięcy rower z przypiętą ceną – rzuciłem na niego okiem, cena wyglądała na atrakcyjną, ale nie zatrzymałem się tylko pojechałem dalej. Dziś już wcześniej widzieliśmy oferty sprzedaży rowerów, ale za wyższą cenę… Myślałem o tym trochę po drodze do domu i w efekcie kiedy tylko schowałem swój rower do „garażu” – zapakowałem Madzię do samochodu i pojechaliśmy oglądać znalezisko. Sprzedawanym rowerem okazała się Gazelle Shark – o ramie wprawdzie „męskiej” ale o bardzo ładnej linii, wyposażona typowo miejsko – w trzybiegową przekładnię w piaście z torpedo (Nexus identyczny jak ten który posiadam w cruiserze), osłonięty łańcuch, błotniki, bagażnik i oświetlenie. Wszystkie elementy sprawne – do wymiany kwalifikuje się jedynie tylna opona, która niby jest cała, ale już dość sparciała. Rower jest dla Madzi odrobinę za duży – kiedy siedzi na siodełku, ziemi dotyka raptem końcem palców u nóg – ale jest w stanie na nim jeździć a na wiosnę będzie dla niej jak znalazł. Ponieważ Madzi rower się spodobał a mnie spodobała się cena – postanowiliśmy go kupić. Będziemy więc wracać do Polski z bardzo nietypową pamiątką z Belgii :)

Dzień przerwy i Antwerpia

Dworzec w Antwerpii 3 Sobotę planowaliśmy bardzo luźno – żadnych konkretów – więc kiedy okazało się że niebo jest mocno zasnute chmurami i przez cały dzień ma padać – zostaliśmy w domu. W efekcie tylko dziewczyny wybrały się na zakupy, ja trochę popracowałem a resztę czasu „przegnuśnieliśmy” w domu. Można powiedzieć że było to nieplanowane przygotowanie do dzisiejszego dnia – który wprawdzie zaplanowaliśmy ale jak to z planami bywa – zrealizowaliśmy inaczej. Zaczęliśmy – można powiedzieć – tradycyjnie od zrobienia kanapek, zjedzenia śniadania i wyjazdu na stację kolejową w Heist-op-den-berg. Plan był taki, że dojeżdżamy do Antwerpii przed dziesiątą i na samą dziesiątą idziemy na mszę odprawianą w języku polskim przez Jezuitów. Jak okazało się na miejscu – w podanej lokalizacji znaleźliśmy kościół ale nie znaleźliśmy wiernych ani księdza. Kościół był zamknięty na głucho i nie było najmniejszych oznak że coś się zmieni.

Chińska dzielnica w Antwerpii Parę minut po dziesiątej zrezygnowaliśmy z dalszego czekania i postanowiliśmy podążyć za grupami starszych osób które zmierzały zdecydowanym krokiem w jakimś wspólnym kierunku. W ten sposób znaleźliśmy kościół ewangelicki (który nie był celem większości z tych osób) i wielki targ – właściwy cel sporej ilości ludzi, w tym „śledzonych” przez nas grupek. Wyglądało na to że na targu jest co oglądać, zrezygnowaliśmy zatem z szukania mszy na łapu-capu i zagłębiliśmy się między stragany. Całość przypominała nieco nasz Kleparz – raczej ten stary niż nowy – trochę zmartwiło nas że nie jest to targ staroci. W planach mieliśmy swoisty podział ról – Asia ruszała w drogę do domu Rubensa a reszta wycieczki (ta mniej zainteresowana oglądaniem obrazów) – do akwarium Aquatipia. Część drogi wypadła nam wspólnie a potem już każda grupa udała się w swoją stronę. Z ciekawostek warto wspomnieć że akwarium mieści się blisko dworca cantralnego w Antwerpii – w miejscu które jest jednocześnie granicą chińskiej dzielnicy.

Piranie w Aquatopia Samo akwarium jest raczej standardowe – na trzech piętrach mieści sporo akwariów z rybami z różnych części świata – kłopot w tym że niemal wszystkie opisane są wyłącznie po holendersku i francusku. Ciekawie rozwiązana jest natomiast sceneria pomiędzy akwariami – część stylizowana jest na wnętrze łodzi podwodnej – z przełącznikami i pokrętłami którymi dzieci mogą sobie popstrykać i pokręcić, część na ścieżki wśród tropikalnej dżungli, część na jaskinie wykute w skale. Co ciekawe poza rybami mieści się tutaj dział gadów i płazów – mieliśmy nawet okazję oglądać fragment pokazu podczas którego pracownik centrum prezentował bliżej mi nie znanego węża – dzieci jakoś nie miały ochoty wejść z nim w bliższy kontakt (to znaczy z wężem, nie z prezenterem). Największe wrażenie wzbudził jednak ogromny basen (bo ciężko to nazwać akwarium) z rekinami i kilkoma innymi naprawdę dużymi rybami – trasa prowadziła najpierw wzdłuż jednej ze ścian basenu, potem tunelem przez jego środek aby doprowadzić nas do kawiarenki usytuowanej przy drugiej ścianie basenu – można było tutaj spokojnie zjeść i napić się podczas gdy dzieci z nosami przy szybie obserwowały największe ryby. Mieści się tutaj także mały plac zabaw dla dzieci (basen z kulkami, labirynt i tym podobne) ale zdecydowanie przegrywa konkurencję z tym co widać za szybą.

Zawody łucznicze 1 Umawialiśmy się na spotkanie w okolicy katedry – kiedy już każda z grup obejrzy swoją część indywidualną. Wyszło więc tak, że około godziny pierwszej spotkaliśmy się na rynku, gdzie spore grupy tradycyjnie ubranych Belgów, Holendrów i Niemców szykowały się do parady. Nie mogliśmy przepuścić takiej okazji, więc wraz z grupą innych turystów obfotografowaliśmy przygotowania i samą paradę – dziwiąc się jednocześnie że w tego typu rzeczy „bawią się” głównie starsi ludzie. W jakim celu lub z jakiej okazji było dzisiejsze spotkanie nie udało nam się ustalić – ale parada zakończyła się na rynku – dwoma głośnymi wystrzałami z czegoś czego nie udało nam się zobaczyć (ja stawiam jednak że było to coś większego niż zwykłe muszkiety – może wiwatówki?) a następnie część jej uczestników udała się na przygotowaną wcześniej arenę zawodów łuczniczych. Tutaj także udało nam się dostać na pierwszą linię (dosłownie przykleiliśmy się do barierek) i obejrzeliśmy przygotowania i przebieg części zawodów – co ciekawe ponad dwadzieścia osób strzelało do tarcz jednocześnie (na szczęście sędzia wcześniej ustalił kto do której tarczy strzela :)  )

Parada 5 Ponieważ czas płynął a Asia wypatrzyła mszę w katedrze (o siedemnastej) postanowiliśmy jeszcze trochę pospacerować – zwiedziliśmy więc nabrzeża i zamek założyciela Antwerpii – księcia rozbójnika, sporą część starego miasta, zjedliśmy frytki i już na ostatnich nogach dotarliśmy z powrotem do katedry. Msza była wprawdzie po holendersku, ale Tosi nie robiło to specjalnej różnicy bo spała, Madzia też niemal usnęła podczas kazania a my staraliśmy się utrzymać nasze dzieci w dobrej formie i samemu nie usnąć :) Po eucharystii dowlekliśmy się na piękny tutejszy dworzec centralny i wróciliśmy do domu. Ja osobiście z Antwerpii przywiozłem jeszcze kilka zdjęć ciekawych rowerów – do obejrzenia poniżej – a po powrocie wsiadłem jeszcze na rower żeby odwiedzić pobliską restaurację serwującą małże. Dowiedziałem się przy okazji że Belgowie jedzą małże z frytkami (co mnie nie przekonało do rezygnacji z pieczywa) ale też do małży podają bardzo miły, lekki sos jogurtowy – mnie osobiście bardzo smakował. Choć nie jestem koneserem i moje doświadczenia z małżami są jak na razie dobre choć nieliczne, to muszę przyznać że jak na razie małże w Belgii wygrywają konkurencję ze wszystkimi które próbowałem wcześniej.

Dworzec w Antwerpii 2   Zawody łucznicze 3   Zawody łucznicze 2   Parada 2   Parada 3   rower - chopper   rower karbonowy   Ładny jestem? Dworzec w Antwerpii 1   Antwerpia - drewniany rower   Parada 1   Parada 4

Mechelen, czyli parę słów o dzwonach

Centrum kultury w Heist-op-den-berg Dziś z lubością wylegiwaliśmy się do późna w łóżku – dzieci dały nam pospać a pogoda nie nastrajała do wczesnego powitania dnia. Dopiero w okolicy południa zdecydowaliśmy się ruszyć z domu, ale ze względu na przelotne opady zrezygnowaliśmy z rowerów na rzecz wyjazdu samochodem – do Heist-op-den-berg na zakupy i po prostu żeby pochodzić po mieście. Jak okazało się na miejscu, dziś był dzień targowy – na głównej ulicy ustawone były stragany – głównie z żywnością – ale kiedy przyjechaliśmy już właściwie się zwijały, ukazując ukryte za nimi sklepy. Zanim wyruszyliśmy na zwiedzanie tutejszych marketów, zajrzeliśmy do centrum kultury, które już teraz ma wśród ogłoszeń dla dorosłych ponad czterdzieści pozycji ciekawych zajęć (od tak „zwykłych” jak kurs fotografii, tanga, teatralny po mniej typowe jak kurs video jockeya, tworzenia muzyki elektronicznej, obsługi urządzeń obsługi sceny teatralnej (światła, zapadnie, mechanika) a nawet wyjazd na plener na Kubę. Podczas naszego spaceru udało nam się kupić mapę węzłów rowerowych z naszego regionu (głównie jako pamiątkę), oponę do Madzi nowego roweru a także poszukiwaną przez Asię mewę rzeźbioną w drewnie – o zakupach spożywczych nie wspominając.

Organy katedry w Mechelen - widziane z góry Można powiedzieć że dzisiejsze popołudnie (a właściwie wieczór) mieliśmy zaplanowane już od momentu naszej pierwszej wizyty w Mechelen – kupiliśmy wtedy bilety na koncert carillonowy. Późniejszym popołudniem wsiedliśmy zatem w samochód i w niecałe pół godziny dotarliśmy na parking skąd już tylko krótki spacer doprowadził nas do centrum. Kiedy kupowaliśmy bilety, zostaliśmy poinformowani żeby czekać o dziewiętnastej przed informacją turystyczną – a tutaj jak na złość nikogo :) Podzieliliśmy się więc na podgrupy – Asia z dziewczynkami została pod katedrą a ja pod informacją – gdzie doczekałem się w końcu naszej przewodniczki. Bilety które kupiliśmy okazały się w istocie biletami na zwiedzanie wieży z przewodnikiem (a było warto) ponieważ koncertu jako takiego można wysłuchać nieodpłatnie.  Parę minut po dziewiętnastej ruszyliśmy zatem w górę po 540 schodach wiodących na niedokończoną wieżę katedry (pierwotnie miała mieć wysokość około 160 metrów, ale jej budowa została przerwana po osiągnięciu nieco ponad 97 metrów – plany o jej dokończeniu zostały odłożone kiedy była potrzebna jej renowacja po zniszczeniach pierwszej i drugiej wojny światowej). Pierwszy przystanek czekał nas już nieco powyżej 150 stopnia – na platformie na której znajduje się kołowrót (takie większe kółko jak dla chomika – ale napędzany przez ludzi) używany dawniej do wyciągania na wieżę dzwonów i materiałów do budowy a później renowacji. Stąd też można przez okrągłą dziurę w podłodze (tędy transportowano dzwony) obejrzeć tutejsze organy… z góry.

Dziewczyny przy klawiaturze carillonu Kolejny przystanek około pięćdziesiąt schodów wyżej to kuźnia – miejsce w którym naprawiano dzwony carillonów jeśli była taka potrzeba. Widać tutaj także odważniki napędzające zegar wieżowy i carillon automatyczny – pod każdym z tych odważników ułożona jest sterta dachówek i grubych belek, mających zapobiec przebiciu stropów i wpadnięciu tych ciężkich elementów do kościoła poniżej. Kolejne sto schodów dzieliło nas od miejsca zainstalowania najcięższych dzwonów – Salwator, Karol, Magdalena, Libertus, Rumoldus i Św. Jan Burchman ważą w sumie ponad 26 ton. Stanowią one część z czterdziestu dziewięciu starych dzwonów – starego carillonu, obecnie przerobionego na automatyczny – sterowanego mechanizmem zegara. Ponad tymi największymi dzwonami znajduje się pokój z klawiaturą – miejsce pracy muzyka grającego na carillonie. Dziewczyny miały możliwość zasiąść przy klawiaturze – która jest oryginalnym pomysłem z Mechelen i stała się standardem dla innych carillonów. Jest tutaj także ciekawy zegar który był mechanicznie synchronizowany z zegarem stojącym trzysta schodów niżej w kościele – jest to także tutejszy wynalazek.

Taka większa pozytywka Mechanizm zegara wygląda ciekawie ale też dość prosto. Był on kompletowany po wojnie z elementów odnalezionych w różnych miejscach Belgii – kłopotem był tylko mały element werku, którego nigdzie nie można było znaleźć. W końcu odpowiedni element udało się namierzyć w Holandii i został on odkupiony za kilogram belgijskich pralinek :) Mechanizm wzbudza co piętnaście minut carillon automatyczny – taką większa pozytywkę. Ponieważ zwiedzanie chwilę trwało, mieliśmy okazję usłyszeć go kilka razy, w tym raz dokładnie stojąc obok mechanizmu zegarowego. Wrażenie niesamowite nie tylko ze względu na głośność dzwonów, ale także samo działanie tego wielkiego mechanizmu robi duże wrażenie. Bęben widoczny na zdjęciu to zapis pracy dzwonów na całe 24 godziny – jest on tak duży że mechanik który zmienia melodię wchodzi po prostu do środka żeby zdemontować i zamontować bolce wzbudzające dzwony. Powyżej zegara obejrzeliśmy jeszcze zestaw dzwonów do nowego carillonu – te kolejne czterdzieści dziewięć dzwonów to strojone elektronicznie cuda, które zostały przetransportowane na wieżę z drugiej strony – przez otwór w suficie. Na ich instalację zdecydowano się ze względu na to że ten bodaj najsłynniejszy Mecheleński carillon był owszem słynny, ale także ze względu na fałszowanie. Stare dzwony ciężko jest nastroić – to znaczy łatwiej jest podwyższyć ich dźwięk (skrawając brąz z ich płaszcza) niż obniżyć (bo ciężko jest dodać brązu do już istniejącego dzwonu) więc zostały one tylko trochę dostrojone, tak aby dało się skomponować dla nich melodie do automatycznego carillonu.

Mechanizm zegara wieżowego Ostatnie grupy schodów poprowadziły nas najpierw do pomieszczenia w którym wieża zmienia swój kształt z kwadratowego na ośmioboczny a następnie na taras skywalk. Zmiana kształtu wieży była przyczynkiem do dalszej konstrukcji – iglicy – która jednak nie została wybudowana. Skywalk to taras o szklanych ścianach znajdujący się na samym szczycie – dzięki temu że silny wiatr przewiał chmury i powietrze było bardzo czyste, mogliśmy stąd podziwiać panoramę miasta ale także widoki na Antwerpię, Brukselę a nawet „nasz” Heist-op-den-berg. Pani przewodnik, korzystając z pozostającej nam chwili czasu wprowadziła nas także na balkon ciągnący się wzdłuż całości ścian tuż poniżej szczytu – stąd mieliśmy zdecydowanie lepszy widok na miasto leżące poniżej. Jeśli chodzi o ciekawostki dotyczące samej wieży, jeszcze kilka utkwiło mi w pamięci – po pierwsze to, że wieża jest własnością miasta a katedra własnością Kościoła – z tego powodu nie mogliśmy wejść na organy (należące do Kościoła) idąc na wycieczkę na wieżę. Wieża była budowana bez połączenia z katedrą, ponieważ budowniczowie spodziewali się że osiądzie ona w stopniu większym niż kościół – co też się stało. Podczas budowy jej fundamenty osiadły o ponad pół metra więcej niż fundamenty katedry – dlatego też połączenia i przejścia między wieżą a kościołem zostały wykonane później w liczących niemal trzy metry grubości murach. Spośród wykonanych w XV wieku schodów jedynie jeden wymagał wymiany i obecnie na pozycji 257 w południowej klatce schodowej znajduje się nowo wykonany stopień.

Bruksela po raz drugi

Bike Planet - sklep rowerowy w Mechelen Pogoda nadal niepewna, ale ponieważ nie do wszystkiego potrzebujemy słońca, dziś wybraliśmy się ponownie do Brukseli – tym razem samochodem, ponieważ w planach mieliśmy odwiedzenie jej północnych obrzeży. Jeszcze wczoraj, wracając do samochodu, natknęliśmy się na duży sklep rowerowy w Mechelen. Ze względu na późną godzinę był zamknięty – ale dziś postanowiliśmy go odwiedzić, ponieważ po pierwsze – był po drodze, a po drugie – zbierało się na deszcz, który woleliśmy przeczekać w sklepie niż moknąć w Brukseli. Lokal sklepu jest wprawdzie wciąż nie gotowy, więc trzeba liczyć się z dużą ilością pyłu, walającymi się narzędziami oraz dość industrialnym wyglądem – ale nie dla architektury się tutaj zagląda :) Jest to pierwszy sklep w Belgii gdzie poza typowymi tutaj rowerami miejskimi w wydaniu klasycznym i hybrydowym można obejrzeć i kupić także całą masę pięknych a mniej typowych rowerów – dla mnie gratką były przede wszystkim cruisery (w wydaniu od najmniejszych dla dzieci uczących się jeździć aż po pełnowymiarowe) ale także rowery transportowe, ostre koła a nawet – egzemplarz Gazelle Cabby.

Ferma - warsztaty dla niepełnosprawnych Z Mechelen pojechaliśmy już prosto na farmę w Brukseli. Gospodarstwo to zapewnia pracę dla około stu dwudziestu osób z niepełnosprawnością umysłową – zlokalizowany na pięciu hektarach terenu zawiera małą fermę z mniej i bardziej egzotycznymi zwierzętami (krowy, konie, owce, kury, króliki, świnie, kaczki ale też koziołki których nie potrafiliśmy zidentyfikować), ogrody w których uprawiane są warzywa i owoce w formule Bio, sklep ogrodniczy, przetwórnię owocowo-warzywną, piekarnię, sklepik z lokalnymi wyrobami i kawiarnię/restaurację. Co ciekawe, praca tutejszych warsztatów nie zamyka się wyłącznie w obrębie farmy – oferują one także usługi tzw. wyjazdowych ogrodników, którzy zajmują się utrzymaniem ogrodów osób prywatnych. Dla naszych dziewczyn była to chyba pierwsza okazja żeby zobaczyć na żywo świnię a dla nas poza spokojną wycieczką także chwila refleksji nad dawniejszymi wakacjami spędzanymi na wsi. Ciekawe czy nasze dzieci będą miały okazję pojechać kiedyś na wozie z sianem?

Bruxela - Atomium Było by pewnym faux-pas być w Brukseli i nie zobaczyć Atomium, a ponieważ jest ono w tej samej okolicy, połączyliśmy – powiedzmy – przyjemne z pożytecznym i zjawiliśmy się także przy tym znanym monumencie. Nie mogliśmy odmówić sobie zrobienia kilku pamiątkowych zdjęć, tracąc z pół godziny na ustawianie się tak żeby wyglądać jakbyśmy trzymali kule w rękach, postaliśmy nawet trochę w kolejce po bilety wstępu do samego budynku – ale ceny (11 euro od osoby dorosłej, 6 euro od dziecka) odstraszyły nas jednak od zwiedzania wnętrza – tym bardziej że wystawa prezentowana tam obecnie (imigracja w Belgii) nie koniecznie była by ciekawa dla dziewczyn, a cena nie wydawała nam się uzasadniona nawet widokami ze szczytu Atomium – wszak nie gorsze mieliśmy wczoraj ze szczytu wieży kościoła w Mechelen. W drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze zupełnie przypadkowo o Japońskie pawilony – dziewczyny obejrzały je z zewnątrz, podziwiając misterne zdobienia i wykonanie tych drewnianych budynków.

Efteling czyli więcej niż park rozrywki

Efteling - karuzela z napędem parowym Od kilku dni śledziliśmy prognozy pogody i wszystko wskazywało na to że środa będzie bez deszczu – co więcej – bez deszczu będą też rejony w pobliżu holenderskiego Tilburg, gdzie znajduje się Efteling – World of Wonders. Park ten działa nieprzerwanie od niemal pięćdziesięciu lat (wszystko zaczęło się od otwarcia Bajkowego Lasu w 1952 roku) i co tu kryć – idzie z duchem czasu nie zaniedbując tradycji – łączy stare tradycyjne bajki (te znane bardziej ogólnie i te mniej znane) z nowoczesną techniką i perfekcyjnym wykonaniem. Dla mnie była to już trzecia a może czwarta wizyta – tym razem po ponad dziesięciu latach przerwy – ale wciąż jestem zachwycony. Do wyjazdu przygotowywaliśmy się już od kilku dni, zarówno śledząc prognozy pogody jak i przeglądając stronę internetową parku. Wiedzieliśmy już wcześniej że jest on czynny w sierpniu od dziesiątej rano do dwudziestej (nie licząc sobót, kiedy czynny jest do północy) i są to dni kiedy godziny zamknięcia są najpóźniejsze w całym roku – ale także ceny biletów wstępu – najwyższe (na kalendarzu obciążenia odwiedzającymi są to też najbardziej oblegane tygodnie).

Efteling - krasnal na łowach Dojazd zaplanowaliśmy tak, aby nie spiesząc się zbytnio, drogami lokalnymi dojechać do parku na godzinę otwarcia. Udało się nam idealnie i tuż przed dziesiątą staliśmy już w korku do parkingu, wśród setek innych samochodów. Co ciekawe – korek poruszał się dość szybko a sprawna obsługa poustawiała nas błyskawicznie na kolejnych miejscach (trzeba oddać sprawiedliwość też bardzo zdyscyplinowanym kierowcom) i tuż po dziesiątej znaleźliśmy się na terenie Eftelingu. Nasze zwiedzanie rozpoczęliśmy od Bajkowego Lasu – miejsca gdzie każda bajka ma swój domek a w nim toczy się opowieść – czasem przy pomocy prostych lalek-robotów, czasem z użyciem projektora i półprzezroczystych ekranów (których nie widać dopóki coś się na nich nie pojawi), czasem samym światłem i narracją przy nieruchomej niemal scenie. Naprawdę profesjonalnie wykonane lalki – w większości przypadków naturalnej wielkości, znakomita gra światła, muzyka – to wszystko sprawiało że dziewczyny przy każdym domku nie dawały się oderwać od pokazu aż do jego końca i nie przeszkadzało im wcale że narracja jest po holendersku – i tak było wiadomo o co chodzi. Przy poprzednich wizytach tę część widziałem tylko z grubsza, teraz więc byłem tym bardziej pod wrażeniem i sam z przyjemnością obejrzałem historie Dziewczynki z zapałkami, Królewny Śnieżki, odwiedziłem zamek Śpiącej Królewny i obejrzałem historię Czerwonego Kapturka. Bajek jest tu naprawdę dużo i szczerze mówiąc przegrywam całkowicie w konkurencji rozpoznawania tych mniej znanych…

Efteling - coś dla fanów Czerwonego Kapturka lub Wilka - co kto woli Tereny poświęcone stricte bajkom i przygotowane dla najmłodszej części odwiedzających zajmują około jednej trzeciej całego parku. My przechodziliśmy płynnie między nimi a kolejnymi atrakcjami – jedną z nich była piękna stara karuzela napędzana silnikiem parowym i wyposażona w automatyczną katarynkę przygrywającą podczas zabawy. Obecnie oryginalny silnik wprawdzie się porusza, ale napędzany jest już nie parą a elektrycznie a sama karuzela znajduje się pod dachem. Nie zmniejsza to jednak przyjemności jeżdżenia i oglądania :) Odwiedzając kolejne „mniejsze” atrakcje, trafiliśmy w końcu na niewielką kolejkę do czegoś co nazwane było „Dream Flight”. Kolejka znikała w drzwiach w ścianie i już po jakichś pięciu minutach znaleźliśmy się po drugiej stronie gdzie… czekała na nas reszta kolejki – tłum ludzi poustawianych pomysłowo między wijącymi się wężowo barierkami. To było coś co pamiętałem z moich poprzednich wizyt – stanie w kolejkach do bardziej obleganych atrakcji. W tej konkretnej kolejce staliśmy trochę ponad czterdzieści minut, aby wsiąść do wagoników podwieszonych do szyny nad naszymi głowami i rozpocząć wyprawę do świata bajek. Przejażdżka trwała wprawdzie tylko kilka minut, ale dostarczała wrażeń – znowu pięknie skonstruowane i zilustrowane światłem i muzyką sceny ale też przejazd po spirali wokół dżungli – szybciej i szybciej. Co ciekawe po większości takich przejażdżek „ląduje się” w sklepie w którym można kupić związane z nią akcesoria – business is business :)

Efteling - spływ pontonami - Piranha Spacerując dalej po parku odwiedzaliśmy co mniej oblegane atrakcje ale też ustawiliśmy się kolejkach do jeszcze kilku – przejechaliśmy między innymi wąskotorówką (z prawdziwą parową ciuchcią) przez pół parku – oglądając przy okazji rollercoastery, które nikogo z nas nie pociągały; Asia z Madzią pojechała na zjazd bobslejem w rynnie – to taki bardziej delikatny rodzaj rollercoastera :); popłynęliśmy wszyscy na wyprawę śladami baśni z tysiąca i jednej nocy a nawet wybraliśmy się na spływ pontonami „rwącą górską rzeką” po którym jakoś dziwnym trafem głównie ja byłem zmoczony :) Przeszliśmy ładnych parę kilometrów po terenie parku – jest on zadrzewiony w takim stopniu, że nawet w upalny dzień niemal cały czas można spędzić w cieniu – co ciekawe mimo że naszą wizytę kończyliśmy wraz z zamknięciem, czyli spędziliśmy na nogach około dziesięciu godzin, nasze dziewczyny narzekały jedynie na to że trzeba czekać w kolejkach, ale nie na to że trzeba chodzić. Na koniec podzieliliśmy się jeszcze na chwilę na podgrupy i ja z Madzią poszliśmy szukać atrakcji mniej dostępnych dla Tosi ale właściwych dla tych „bardziej dzielnych” uczestników wyprawy. No i dostaliśmy czego chcieliśmy – przez przypadek, „nie wiedząc co czynią” trafiliśmy na atrakcję zupełnie niemal bez kolejki. Powinny mnie zastanowić pałąki bezpieczeństwa w wagoniku, ale jakoś po całym dniu chyba już nie myślałem tak szybko… No i wsiedliśmy do rollercoastera tyle że jadącego nie dość że pod ziemią to jeszcze w niemal zupełnej ciemności – wrażenia ekstremalne, ale obydwoje wytrzymaliśmy. Obydwoje też stwierdziliśmy że nigdy więcej :)

Przygotowania do wycieczki rowerowej Po tak pełnym atrakcji dniu, powrót do domu był przyjemnym i spokojnym powrotem „do rzeczywistości” ale już na miejscu nie znalazłem siły żeby od razu usiąść i napisać choćby parę słów. Muszę przyznać że wyjazd do Eftelingu nie należy do najtańszych – za bilety płaci się dość dużo a i na miejscu mimo góry kanapek ciężko nie zjeść czegoś ciepłego albo wręcz przeciwnie – loda, za to w cenie biletu dostaje się niemal wszystko – za atrakcje nie trzeba płacić (no chyba że w salonie gier albo za pamiątkowe monety z automatów) a ilość wrażeń i zachwyt w oczach dzieci (naszych też, nie ma co ukrywać) wart jest ceny. Po tak pełnym emocji poprzednim dniu, w kolejnym spaliśmy niemal do dziesiątej a potem, korzystając z wciąż ładnej pogody, wybraliśmy się na kolejną rowerową wycieczkę po okolicy. Spokojnymi lokalnymi ulicami, częściowo wśród szkółek leśnych a częściowo po prostu po lesie pojechaliśmy do Westerlo, gdzie okrążyliśmy tamtejszy zameczek – który wygląda na własność prywatną i nie jest wprost dostępny dla zwiedzających – a na rynku zostawiliśmy na chwilę rowery, pospacerowaliśmy i zjedliśmy lody. Przejechaliśmy dziś ponad dwadzieścia kilometrów i wygląda na to że jak na taki wyjazd z jednym dłuższym postojem był to górny limit – Tosia narzekała pod koniec na twarde siodełko a Magda na bolące nogi. Fakt że wracaliśmy pod wiatr nie działał na naszą korzyść, ale dziewczyny były bardzo dzielne. Wieczorem byliśmy jeszcze „na proszonej kolacji” u siostry naszego gospodarza, gdzie mieliśmy okazję poznać większą część rodziny a także po części oficjalnej i deserze – obejrzeć rowery poziome Fransa (brata naszego gospodarza). Asia miała nawet okazję przejechać się kawałek, a na mnie jak na złość wszystkie okazały się za długie (ech te krótkie nogi) więc musiałem się zadowolić namiastką w postaci próby jazdy na stacjonarnej wersji „poziomki” ;)

Woda w mniej lub bardziej przyjemnej wersji i Gandawa

Hidrodoe - park naukowy - doświadczenia z wodą Z powodu wciąż niepewnej pogody, na piątek zaplanowaliśmy wyjazd do Herentals, gdzie znajduje się Hidrodoe – wodne centrum nauki. Można powiedzieć że jest ono trochę podobne do wcześniej odwiedzonego przez nas Technopolis – tyle tylko że wszystkie doświadczenia które tutaj wykonujemy i wszystkie eksponaty związane są z wodą. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od ślepego testu – spośród trzech rodzajów wody które próbowaliśmy, mieliśmy wskazać tę pochodzącą z kranu. Próbowaliśmy, smakowaliśmy i nie udało się – wychodzi na to że ta z kranu jest najsmaczniejsza (przynajmniej w Belgii). Następny w kolejności był dział dotyczący pozyskiwania wody w Belgii – ze źródeł podziemnych oraz z wód powierzchniowych. Na kolejnych ekranach można było zobaczyć proces oczyszczania, uzdatniania, składowania i dostarczania wody do jej odbiorców. W pozostałej części centrum znajdują się mniej lub bardziej interaktywne eksponaty, ekrany prezentujące zagadnienia związane z wodą ale także symulator łodzi (którą możemy popływać po bliżej niesprecyzowanym porcie) czy batyskafu (w którym możemy sterować kamerą obserwującą wnętrze centrum). Dziewczyny były zadowolone głównie z powodu tego, że mogły się potaplać w wodzie – nie mówiąc już o tym że wszystkiego można dotykać :) Po Hidrodoe zaglądnęliśmy jeszcze na chwilę do Herentals żeby pospacerować po mieście i poszukać tuszu do drukarki (który udało się nam niemal całkowicie zużyć na wydruki biletów kolejowych i wstępu).

The House of Alijn - muzeum XX wieku Jak pokazało doświadczenie dnia wczorajszego, prognozy przewidujące 40-50% szanse deszczu sprawdzają się jako przelotne opady i nie przeszkadzają nam w zwiedzaniu bardziej zadaszonych atrakcji. Z tego względu, mimo niezbyt dobrej prognozy na kolejny dzień, wybraliśmy się pociągiem do Gandawy. Krótki spacer z dworca Gent Damport zaprowadził nas do historycznej części miasta a tutaj trafiliśmy na targ „staroci” – mniej lub bardziej starych i wraz z rozpoczynającym się deszczem dotarliśmy do centrum informacyjnego znajdującego się – dosłownie – pod ratuszem. Okazało się że w Gandawie całe centrum mimo mnogości ulic widocznych na mapie – mieści się na naprawdę niewielkiej przestrzeni. Dzięki temu, mimo coraz bardziej padającego deszczu bez większych problemów dotarliśmy do katerdry pod wezwaniem św. Bawona – która sama w sobie jest polecanym turystom miejscem, ale też domem dla obrazu „Adoracja Mistycznego Baranka” autorstwa Huberta i Jana van Eycków. Stąd dwa kroki dzieliły nas od „Domu Alijn” który mieści w sobie muzeum XX wieku – zbiór eksponatów pogrupowanych zadaniowo w starszej części wystawy (leczenie, ślub, gry i zabawy, apteka, sklep kolonialny i tak dalej) a wiekowo w nowszej części (lata pięćdziesiąte, sześdziesiąte itd.).

Gandawskie nosy Ostatnim zaplanowanym punktem wycieczki był zamek hrabiów Flandrii – Gravensteen. Zamek góruje nad dzielnicą Patershol i mimo skromnego wyposażenia jest naprawdę warty obejrzenia. Trasa turystyczna prowadzi przez niemal wszystkie jego zakamarki – sale i eksponaty są opisane po holendersku, francusku, niemiecku i angielsku a dodatkowo można w cenie biletu wypożyczyć Video Guide – małe urządzenie, które na dotykowym ekranie prezentuje film nakręcony specjalnie na potrzeby muzeum zamkowego i prezentujący z humorem jak mogło wyglądać życie w tym średniowiecznym zamku. W naszej wycieczce po Gandawie, mimo że krótkiej w sensie odległości, udało nam się nasiąknąć dość mocno wodą. Dlatego też ucieszyliśmy się bardzo z przejaśnienia które przyszło w samą porę – kiedy opuszczaliśmy zamek Gravensteen. Dzięki temu wybraliśmy się jeszcze na spokojny spacer ulicami starego miasta a podczas spaceru zajrzeliśmy do lokalnej „gofrowni” w której oprócz gofrów kupiliśmy lokalne słodycze o nazwie „Gandawskie nosy” – stożkowate cukierki (żelki?) o smaku malinowo-porzeczkowo-truskawkowym na które raczej trudno zwrócić uwagę jeśli się o nich nie wie – a warto spróbować :) Wycieczkę chcąc nie chcąc zakończyliśmy na dworcu – zbliżała się akurat pora odjazdu pasującego nam pociągu – a w drodze do domu zrobiliśmy jeszcze podstawowe zakupy spożywcze – w niedzielę sklepy są zamknięte i ciężko kupić produkty spożywcze – na szczęście chleb jest dostępny w automatach przy drodze i raczej nie grozi nam całkowity brak żywności :)

Bruksela, muzea i Aarschot nocą

Aarschot - święto świętego Rocha - 15 sierpnia - 1 W niedzielę tak bardzo nie chciało nam się wstawać, że w końcu pojechaliśmy do Brukseli na ostatnią możliwą mszę przed południem – na 11:30 do Notre Dame de la Chapelle – na polską mszę prowadzoną przez tamtejsza misję Oblatów. Dojechaliśmy „na styk” i na miejscu okazało się że nie ma gdzie zaparkować… Wysadziłem dziewczyny a sam pojechałem szukać szczęścia na okolicznych ulicach. Na mszę dotarłem może 5-7 minut później, sądząc (z doświadczenia mszy typowo belgijskiej) że znajdę dziewczyny bez problemu – jednak w kościele okazało się że polonia tutejsza jest naprawdę liczna i świątynia jest wypełniona niemal na wszystkich miejscach siedzących – a nie jest to mały kościółek – raczej bliżej mu do Mariackiego :) Zauważyć należy, że jest to jedna z czterech mszy po polsku prowadzonych w tym kościele w każdą niedzielę… W planach na niedzielę mieliśmy jeszcze wizytę w parku wodnym, ale ponieważ i tak w poniedziałek czekała nas „powtórka z ryzrywki” czyli kolejny przyjazd na mszę, postanowiliśmy zmienić plany – Asia została w Brukseli żeby jeszcze trochę pochodzić po muzeach (w poniedziałek są nieczynne) a ja z dziewczynami wróciłem do domu gdzie wsiedliśmy na rowery i pojechaliśmy do Heist-op-den-berg. Zaowocowało to wizytą w tamtejszym muzeum kolejnictwa (na ekspozycję składa się imponująca kolekcja modeli kolejnowych i trochę związanych z kolejnictwem akcesoriów) oraz muzeum radia i życia codziennego XX wieku (podobne trochę do muzeum oglądanego przez nas w Gandawie – sprzęty domowe, stroje, zdjęcia głównie z pierwszej połowy XX wieku i trochę nowszych eksponatów oraz ekspozycja radioodbiorników na przestrzeni lat – wraz ze sporą kolekcją nietypowych.

Aarschot - święto świętego Rocha - 15 sierpnia - 2 Dziś, czyli w poniedziałek udało nam się zebrać na wcześniejszą mszę – nawet bukiety kwiatów mieliśmy przygotowane jeszcze dziś z rana. Dzięki temu prosto z kościoła pojechaliśmy do Oceade – parku wodnego w Brukseli, który można porównać śmiało do naszego krakowskiego – nie za wielki, ze sporą przestrzenią dla dzieci, basenem z falami i małym działem z saunami. Z ciekawszych dla nas rzeczy były zjeżdżalnie „na pontonach” w tym jedna super szeroka – rzeczy jeszcze u nas niezbyt często spotykane. Sauny mało ciekawe (dwie niemal identyczne chłodniejsze, jedna porządnie ciepła i jedna parowa) w dodatku tutaj jest w zwyczaju korzystać z nich w stroju kąpielowym, co nie robi dobrze ani osobie korzystającej z sauny, ani strojowi :) Dzieci wymoczone a my wygrzani zwinęliśmy się z basenu późnym popołudniem – na obiad do domu. Po obiedzie Asia z dziewczynkami wybrała się jeszcze na rowerach do Wiekevorst (między innymi po chleb z automatu).

Aarschot - święto świętego Rocha - 15 sierpnia - 3 Gwoździem programu w dniu dzisiejszym była jednak wycieczka do Aarschot, które każdego roku 15 sierpnia świętuje ocalenie miasta – przypisywane wstawiennictwu św. Rocha. W tym dniu mieszkańcy zapalają świece wzdłuż ulic w centrum miasta – na parapetach, chodnikach, wystawach sklepowych… Inne oświetlenie jest wyłączone a w mieście panuje atmosfera prawdziwie festynowa – otwarte są wszystkie możliwe restauracje, kawiarnie i pozostałe lokale „rozrywkowe”, na placach ustawione są sceny – sami widzieliśmy dwie duże orkiestry grające raczej klasycznie, scenę bardziej rockową z gitarami elektrycznymi i perkusją, scenę w ogrodzie gdzie występował zespół wyglądający na „sąsiedzki” – rodzice grający na gitarach i gromada śpiewającej młodzieży oraz scenę w parku przy kościele gdzie występował oktet smyczkowy. Ludzie siedzą w knajpkach, spacerują ulicami, robią zdjęcia :) Można też poczuć jak mrocznie bywało w średniowiecznym mieście – my jesteśmy tak przyzwyczajeni do oświetlonych ulic, że miasto które rozświetlają jedynie świece, wydaje się naprawdę mroczne i tajemnicze :) nie mówiąc o tym że trzeba się dobrze pilnować żeby się nie zgubić.

Pożegnanie z Belgią

Wtorek minął nam pod znakiem przygotowania do wyjazdu – co nie przeszkodziło nam jeszcze raz wsiąść na rowery i pojechać do Heist-op-den-berg tym razem żeby obejrzeć tamtejsze tereny zielone – park leśny ze ścieżkami dydaktycznymi i placem zabaw dla dzieci. Dziewczyny chwilę się tam pobawiły, ale komary nie dawały posiedzieć dłużej, więc obejrzeliśmy jeszcze tylko zagrodę – ogród, w której można obejrzeć bardziej i mniej popularne rośliny polne i leśne. W ramach pewnej rozpusty, wybraliśmy się też na pizzę „do miasta” – żeby już nie gotować obiadu w domu. W drodze powrotnej natomiast zajrzeliśmy jeszcze do, powiedzmy, salonu meblowego należącego do brata naszego gospodarza. Na dość sporej powierzchni można tutaj obejrzeć aranżacje kuchni, łazienek oraz garderoby które zostały zaprojektowane i wykonane w jego warsztacie. Co więcej, warsztat też dane nam było obejrzeć – urządzony z rozmachem, w oparciu o nowoczesne, komputerowo sterowane maszyny – nic tylko zamawiać meble – albo jeszcze lepiej – mieć taki warsztat do dyspozycji :) W domu udało mi się jeszcze uruchomić jeden z leżących w kącie „garażu” rowerów poziomych, dzięki czemu mogłem też zasmakować jazdy na tego typu bicyklu. Doświadczenie ciekawe, rower pozwala osiągnąć spore prędkości (mniejsze opory powietrza, silniejszy nacisk na pedały) i jest wygodny. Chętnie spotkał bym w Krakowie kogoś kto posiada tego typu rower o nowszej konstrukcji…

Nie zdecydowaliśmy się wcześniej na robienie zakupów – z obawy że transportowane na rowerze w ten dość gorący dzień nie przeżyją – szczególnie baliśmy się o czekolady i sery. Wsiedliśmy więc jeszcze w samochód i pojechaliśmy po zakupy dla nas i do uzupełnienia lodówki gospodarzy. Po powrocie zostało nam uprzątnięcie z grubsza pozostałości naszej bytności i pakowanie. Ponieważ przybył nam jeden rower, to z pakowaniem trzeba było trochę pokombinować. W końcu po złożeniu środkowego siedzenia i zdemontowaniu przedniego koła, oba rowery udało się wcisnąć do bagażnika i obłożyć pozostałymi rzeczami. W efekcie pod wieczór zamknęliśmy dom i poszliśmy oddać klucze i pożegnać się z siostrą naszego gospodarza. Droga do Polski, pokonywana w nocy minęła nam dość spokojnie – poza drobnym problemem z nawigacją, która wyprowadziła nas na wieś gdzieś w środku Niemiec :) W efekcie do domu dotarliśmy chwilę po ósmej rano, w sam raz na śniadanie z „naszymi Belgami”. Usiedliśmy wspólnie przy naszym kuchennym stole i przy kanapkach wymienialiśmy się doświadczeniami z naszych pobytów. Dowiedzieliśmy się między innymi, że ze znajomością angielskiego w Polsce wcale nie jest dobrze a czasem bardzo źle – na spływie Dunajcem nikt z obsługi nie mówił po angielsku – z pomocą pospieszył jeden z polskich turystów. Belgowie obawiali się też uprawiać turystykę rowerową po naszych niebezpiecznych drogach – ograniczyli się do dwóch krótkich wyjazdów po najbliższych okolicach. Okazało się też że spodobała im się gra w fasolki (karcianka), którą znaleźli wśród naszych planszówek – ponieważ nie udało im się znaleźć sklepu który by ją sprzedawał, odkupili nasz egzemplaż – zyskując przy okazji oryginalną pamiątkę z Polski :)

Nasza przygoda z wymianą domów dała nam kolejną okazję do odwiedzenia ciekawych miejsc a przy tym pozwoliła na dużo prywatności, której ciężko doświadczyć nawet mieszkając w małym pensjonacie a co dopiero w hotelu w turystycznych rejonach kraju.