Rejs ze Słowenii do Wenecji (i innych włoskich portów)

Odkąd Słowenia jest krajem Unii Europejskiej, a dodatkowo członkiem układu z Schengen, czarterowanie jachtów z jednego z jej nielicznych portów staje się szczególnie atrakcyjne dla żeglarzy planujących wypad do Włoch – nie potrzebujemy martwić się o odprawy graniczne i związane z tym formalności (między innymi nie musimy zdążać na czas do portów w których odprawa się odbywa). W zasięgu krótkiego tygodniowego rejsu mamy co najmniej kilka ciekawych portów takich jak Wenecja, Triest, Ravenna, Monfalcone czy Rimini. Czarter łodzi ze słoweńskich portów jest sporo tańszy niż podobny z portów Włoskich. Należy jednak wyraźnie zaznaczyć w jakim kierunku zamierzamy się udać. Jachty słoweńskie zasadniczo wszystkie mają winiety i ubezpieczenia wykupione zarówno na wody Chorwacji jak i Włoch – ale zawsze należy to sprawdzić – podobnie jak obecność map akwenów na których zamierzamy żeglować.

Nasz wyjazd był organizowany przez Młodzieżowy Klub Morski Szkwał z Krakowa, a ja miałem przyjemność prowadzić jeden z jachtów spośród wyczarterowanej ósemki. Dzięki temu nie załatwiałem osobiście wszelkich formalności związanych z czarterem – są one jednak podobne jak przy każdym innym – wpłata zaliczki, potem dopłata całości kwoty czarteru, na miejscu wniesienie opłaty za sprzątanie jachtu i opłacenie kaucji. Jachty, ich standard i wyposażenie są właściwie identyczne jak w Chorwacji – przeważają Bavarie, Oceanisy, Dufury we wszelkich rozmiarach i różnym wieku – można więc wybrać coś pod liczebność swojej załogi i zasobność portfela. Oczywiście, jak to jachty typowo turystyczne, są duże, wygodne, wyposażone w rolery, plotery i inne udogodnienia – ale nie specjalnie nadają się do pływania w trudnych warunkach. Dobrze jest więc planować swój rejs w okresie od maja do końca września, kiedy pogoda jest raczej stabilna i „bezpieczna”.

Naszym punktem startu była marina Portoroż. Odbiór łodzi, pakowanie zapasów, szkolenia załóg zajęły nam czas do wieczora. Marina jest bardzo przyjemna, posiada bardzo dużo miejsc (ponad 300), w większości składa się z pływających pomostów, cumuje się rufami do kei a dziobami do wbitych w dno dalb. Prąd i woda są uruchamiane specjalnym elektronicznym tokenem który należy „naładować” odpowiednią sumą euro – na jedną noc używania prądu i tankowania wody w zupełności wystarcza 3-5 euro. Ponieważ nasze jachty miały tutaj wykupione miejsca na stałe, nasze tokeny podawały media bez ograniczeń. W marinie znajduje się także stacja benzynowa czynna od 1000 do 1900 z przerwą między 1400 a 1500.

Mając na uwadze napięty plan naszego rejsu, z Portoroż wyszliśmy wieczorem w sobotę, tak aby do Wenecji dotrzeć w niedzielę rano. Brak wiatru zmusił całą naszą flotę do płynięcia na silnikach, ale niewielka odległość (około 60 mil) pozwalała zbytnio się nie spieszyć. Dopływając od Wenecji staraliśmy się skontaktować z tamtejszymi marinami (telefonicznie) jednakże po kolejnej informacji że miejsc nie ma, zdecydowaliśmy się podzielić na mniejsze grupy i szukać miejsc na zasadzie faktu dokonanego – wpływając do mariny i pytając gdzie należy zacumować. Włosi są pod tym względem niezwykle praktyczni – kiedy dzwoni się do nich lub rozmawia przez radiostację – twierdzą że miejsc nie ma. Kiedy już się przypłynie – bardzo chętnie podpłyną pontonem lub przyjdą na keję i znajdą dla nas miejsce na jedną noc. Nasza ekipa rozlokowała się w efekcie w dwóch marinach – na wyspie Sant’Elena (z której jest bezpośrednia lądowa łączność z historycznym centrum) oraz na wyspie San Giorgio Maggiore (niemal dokładnie na przeciwko placu Św. Marka). Marina Sant’Elena jest większa ale bardziej tłoczna, jest też płytsza co skutkuje problemami z parkowaniem większych jachtów, szczególnie przy niskiej wodzie (pływy w maju sięgały 65 centymetrów). Marina San Giorgio Maggiore jest mała, ale bez problemu znalazło się w niej pięć miejsc na nasze jachty i kilka dodatkowych dla innych później przybyłych. San Giorgio Maggiore jest skomunikowana z centrum za pomocą tramwaju wodnego (bilet 3 euro do centrum i 2,50 euro w stronę wyspy) którym można także wybrać się na przejażdżkę dookoła Wenecji – przez główne kanały miasta (bilet godzinny 6,50 euro). W obu marinach staje się między dalbami, przy czym w San Giorgio Maggiore dziobami do kamiennych kei ze względu na mocne wypłycenie w tym kierunku. Obie mariny wyposażone są w prysznice i ubikacje. Warto zauważyć, że o ile na mapach San Giorgio wygląda na dostępne z obu stron, w praktyce czynne jest tylko zachodnie wejście do mariny – wschodnie jest zamknięte przez kładkę dla pieszych.

Po całym dniu i nocy spędzonych w Wenecji, nasze łodzie skierowaliśmy do Ravenny. Samo pływanie po Wenecji jest już dość dużą atrakcją nawigacyjną – ze względu na wąskie i płytkie kanały przekopane w tutejszym mule, ale też ze względu na wielki ruch wszelkich jednostek – kiedy jednak wyjdzie się na otwarte morze i żegluje w kierunku południowym, pojawiają się dodatkowe atrakcje w postaci platform wiertniczych i terminali gazowych. Warto pamiętać że część z nich posiada strefę bezpieczeństwa i nie należy podpływać do nich bliżej niż na dwie mile. Sprawia to pewien problem na podejściu do Ravenny, bo tam wież jest naprawdę sporo i w dodatku ich położenie i ilości ciągle się zmieniają – dane z zeszłorocznej mapy okazały się nieaktualne. Na szczęście wejście w główki tamtejszego portu jest naprawdę szerokie i ciężko w nie nie trafić. Falochrony wybiegają w może na niemal milę, osłaniając wielki awanport w którego południowej części zmieściły się aż dwie mariny. My parkowaliśmy w tej położonej najbardziej na południe – góruje nad nią cylindryczna budowla biura portowego. Cumowanie odbywa się rufami do kei, między Y-bomami. Y-bomy pozwalają na założenie wyłącznie szpringów z dziobu i rufy, ale keja oferuje całą gamę okuć i nie ma problemu z zacumowaniem jachtu. W marinie prysznice i toalety, bardzo dużo miejsc (pojemność mariny to ponad 500 jachtów) i duży ogrodzony teren. Należy pamiętać aby pobrać z biura token który pozwoli nam wrócić do mariny po wyjściu poza jej teren (bramki zamykane magnetycznie). Marina leży około 9 kilometrów od centrum Ravenny, do której można dojechać autobusem (bilet 2 euro w jedną stronę lub 4 euro na 24 godziny).

W Ravennie spędziliśmy dzień i część nocy z wtorku na środę, ponieważ już wczesnym rankiem płynęliśmy do Rimini. Chcieliśmy tam dotrzeć przed południem, tak aby zdążyć na w miarę wczesny autobus do San Marino (autobusy kursują co około półtorej godziny). W Rimini średniej wielkości marina leży tuż za wejściem w główki portu. Obsługa wyznacza miejsca do cumowania – co dla nas oznaczało że najpierw cumowaliśmy tam gdzie udało nam się stanąć a potem jeszcze dwa razy byliśmy przestawiani na „docelowe” miejsca. Tutaj także cumuje się rufami do kei a dzioby mocuje się do dalb. Była to jedyna marina w której płaciliśmy osobną opłatę za śmieci (ryczałtowo) oraz musieliśmy załadować tokeny odpowiednią sumą w celu używania prądu i wody. Do centrum Rimini z mariny jest około 20 minut na nogach. Warto odwiedzić tamtejsze delfinarium, usytuowane po południowej stronie kanału portowego – czyli dokładnie na przeciwko mariny. Wyjazd do San Marino może zainteresować zarówno miłośników zabytków, jak i tych którzy liczą na tańsze zakupy w tamtejszych sklepach wolnocłowych.

We czwartek około południa zdecydowaliśmy się wracać w kierunku Słowenii. Przed mami było ponad sto mil, ale też około 30 godzin czasu. Ponieważ wiatry były dla nas łaskawe, po około 20 godzinach płynięcia znaleźliśmy się na słoweńskich wodach i zajrzeliśmy do Piranu. To małe miasteczko z malutkim portem jest bardzo piękne i warte odwiedzenia. Obsługa portu upycha przychodzące jachty we wszelkie możliwe miejsca – my wbijaliśmy się dziobem między zaparkowane rufami lokalne łodzie (cumuje się na muringach). Można w ten sposób postać kilka godzin i pozwiedzać miasto. Co ciekawe – można tu znaleźć między innymi ulice Lenina i Engelsa. Piran jest też portem w którym można odbyć odprawę jeśli zamierzamy płynąć do Chorwacji lub z Chorwacji wracamy. W porcie jest tylko jedna ubikacja z prysznicem – w budynku straży granicznej.

Nasz rejs zakończyliśmy w miejscu startu – w Portoroż. Dzięki temu że nie byliśmy tam zbyt późno udało nam się bez czekania zatankować paliwo i bez problemu znaleźć miejsce do zacumowania łodzi. Część naszej floty zaglądnęła jeszcze wcześniej do portu w Izoli, część udała się na kotwicowiska w celu wykąpania sie w (zimnym o tej porze roku) Adriatyku. Ostatni wieczór, podobnie jak kilka poprzednich, spędziliśmy na wzajemnych wizytach, śpiewaniu przy dźwiękach gitar i odpoczywaniu przed podróżą do domu.

Może Ci się również spodoba