Pociągiem do Brukseli

Dziś, ze względu na niedzielę postanowiliśmy wybrać się pociągiem do Brukseli. „Ze względu na niedzielę” ma co najmniej dwa znaczenia – chcieliśmy wybrać się na mszę po polsku a jednocześnie skorzystać z kolejowego biletu weekendowego który pozwala na podróżowanie po sporo obniżonej cenie. W Belgii dzieci podróżujące pod opieką dorosłych nie płacą za przejazd pociągiem (dotyczy dzieci do 12 roku życia), więc nasza podróż kosztowała około 17 euro (za całą czwórkę, tam i z powrotem). Licząc przejazd samochodem (100 kilometrów w obie strony czyli 8 litrów paliwa po 1,4 euro plus parking) cena tego typu wycieczki jest taka sama o ile nie wyższa. Owszem, gdybyśmy podróżowali w cztery dorosłe osoby albo płacili za dzieci to kalkulacja nie była by już tak korzystna, ale do wymiaru ekonomicznego należy jeszcze dodać brak problemów z parkowaniem i trafieniem na właściwe miejsce :)

Ponieważ złapaliśmy pociąg który przyjechał do Brukseli sporo przed dziesiątą, niespiesznie wybraliśmy się z dworca centralnego w kierunku muzeum czekolady, które mieści się niemal przy samym rynku. Muzeum otwiera swoje podwoje właśnie o dziesiątej, więc spokojnie spacerując penetrowaliśmy okoliczne uliczki i całkiem przez przypadek trafiliśmy na mszę po angielsku w pobliskim kościele – z której „skorzystaliśmy”, co później okazało się być dobrym pomysłem. Po mszy przeszliśmy już prosto do wyczekiwanego przez wszystkich muzeum czekolady – aby trafić w sam raz na początek pokazu produkcji pralinek. Dowiedzieliśmy się że dawniej używane formy stalowe (za zimne) i ebonitowe (za kruche) zostały zastąpione formami plastikowymi (które łączą trwałość i właściwe utrzymywanie temperatury), zobaczyliśmy jak taką formę można wypełnić i w jak prosty sposób zrobić w niej same otoczki do pralinek – okazuje się że foremkę wypełnia się po prostu w całości płynną czekoladą, stukając o blat stołu wydobywa się z niej bąbelki powietrza a następnie foremkę po prostu się odwraca i wylewa nadmiar czekolady. W czasie potrzebnym na wystukanie powietrza, warstwa około 2-3 milimetrów czekolady przywiera do foremki, podczas gdy pozostała jej część jest wciąż płynna. Ta płynna część wylewa się i w formie pozostają same otoczki do pralinek. Muszą one wystygnąć (około 1-2 godzin) a wtedy już można je napełnić nadzieniem i przykryć spodnią warstwą czekolady. Z ciekawostek – dowiedzieliśmy się też że do przygotowania odlewów popularnych postaci – np. Myszki Mickey, używa się np. zwykłych dziecięcych masek karnawałowych – podobnie jak „profesjonalną” formę wypełnia się je czekoladą, odczekuje aby wierzchnia warstwa stwardniała i wylewa nadmiar. W samym muzeum znajduje się sporo akcesoriów związanych z produkcją, sprzedażą i spożyciem czekolady – między innymi całe zestawy do przygotowywania czekolady pitnej, stalowe i ebonitowe formy do pralinek, maszyny do kształtowania masy czekoladowej… Można też oczywiście spróbować różnych rodzajów czekolady, ale chyba najlepsza jest nie tyle czekolada „po prostu”, ale czekolada najbardziej świeża z możliwych – nabrana na herbatnik prosto z maszyny która ją przygotowuje… Niebo w gębie.

no images were found

Mieliśmy  chytry plan żeby odwiedzić też centrum naukowe Scientastic, ale ze względu na godzinę jego otwarcia (14:00) wybraliśmy się na poszukiwanie Manneken Pis i kościoła Notre Dame de la Chapelle. Czy wspomniałem że w naszym porannym roztargnieniu zapomnieliśmy zabrać mapy Brukseli? Na całe szczęście wystarczająca okazała się mapa dostępna w telefonie i po niedługim spacerze trafiliśmy na najbardziej bodaj znaną postać w tym mieście – Manneken Pis. Przegoniliśmy spod płotu brygadę Japończyków żeby zrobić zupełnie niepozowane zdjęcie (uśmiech numer 5 – jestem na wycieczce) i poszliśmy dalej – coraz bardziej kuszeni zapachami dochodzącymi z czekoladziarni i sklepów z goframi. Kolejnym przystankiem był kościół Notre Dame de la Chapelle – najstarszy kościół w Brukseli – który jest jednocześnie domem polskiej misji i dzięki temu można tutaj uczestniczyć w mszy po polsku. W tą niedzielę już nie mieliśmy takiej potrzeby, ale ponieważ zamierzamy przyjechać tutaj jeszcze przynajmniej w którąś z kolejnych – pewnie będzie okazja. W samym kościele znajduje się między innymi ciekawa ambona – w całości rzeźbiona w drewnie na kształt drzew palmowych – oglądając ją z tyłu można zastanawiać się na co właściwie się patrzy. Piękne witraże, stare ołtarze w bocznych kaplicach – ale już ołtarz główny jest dziełem jakiegoś bardziej współczesnego artysty i – szczerze mówiąć – nie bardzo pasuje do reszty wnętrza.

„Antykwariat” – tak głosił napis nad lokalem znajdującym się niemal na przeciwko głównego wejścia do Notre Dame. Antykwariat o powierzchni 1000m2! Trafiliśmy tutaj i wsiąkliśmy w nim na ponad godzinę. Czułem się jakbym buszował po strychu w domu jakiegoś bogatego krewnego, któremu nie bardzo opłacało się wyrzucać cokolwiek. Do tej pory mam wrażenie że właściciele tego lokalu powinni pobierać opłaty za sam wstęp i możliwość obejrzenia na przykład stalowej suszarki do włosów z kablem w izolacji z materiału (jak stare żelazka) i obrotowym wyłącznikiem z ebonitu, kolekcji dziecięcych krzesełek w różnych kolorach – upakowanej na schodach, starych telefonów, lamp, kafli, kanistrów, fragmentów żyrandoli i całych umywalek… Aż ciężko opisać – to trzeba po prostu zobaczyć, poczuć ten labirynt starych sprzętów wśród których nawet odwracać trzeba się z dużą uwagą żeby nie strącić na podłogę jakiegoś kawałka historii…

Po tym najciekawszym dla mnie elemencie dzisiejszej wycieczki rozpoczęliśmy nasz powrót w kierunku rynku i centrum Scientastic. Po drodze przyszedł czas na spróbowanie słodyczy którymi kuszą lokale w całym centrum. Na pierwszy ogień poszły gofry (jeden z nutellą a drugi z truskawkami i bitą śmietaną) które okazały się być robione z ciasta dużo słodszego niż u nas – w praktyce tutejsze gofry są tak słodkie że można je jeść same, bez dodatków. Madzia, która nastawiła się na pralinki, dostała swoją porcję słodkości z jednego z licznych sklepów. Koniec końców, kiedy dotarliśmy do Scientastic, dziewczyny były już dość zmęczone sporą porcją chodzenia a i potrzeby (powiedzmy) kulinarne zostały zaspokojone. Scientastic okazał się być zlokalizowany w części pomieszczeń należących do podziemnej stacji metra i wyglądał dość niepozornie. Po krótkiej rozmowie z obsługą dowiedziałem się że wprawdzie większość eksperymentów tutaj prezentowanych ma opisy także po angielsku – ale skierowane są do dzieci nieco starszych niż nasze – w wieku 12-16 lat. Ta informacja skłoniła nas do rezygnacji z tego punktu programu – co zostało entuzjastycznie przyjęte także przez dziewczynki. Spacerem udaliśmy się więc na stację i wsiedliśmy do najbliższego pasującego nam pociągu.

Ponieważ jesteśmy jeszcze w trakcie organizowania roweru dla Madzi, każde z nas wybrało się dziś na przejażdżkę na własną rękę. Asia do centrum w Heist-op-den-berg a po jej powrocie ja – sprawdzić co oznacza w praktyce Natuurreservaat który wypatrzyłem na mapie. Podróżując po Belgii na rowerze, można wybrać jeden z dwóch modeli zwiedzania – albo użyć zwykłej w miarę dokładnej mapy samochodowej lub turystycznej albo posłużyć się mapą z węzłami rowerowymi. Zwykła mapa przydaje się kiedy chcemy trafić do konkretnej miejscowości jeżdżąc drogami uczęszczanymi także przez samochody – nie spotkałem tutaj takiej drogi, wzdłuż której nie prowadziła by ścieżka rowerowa. Mapa z węzłami jest rozwiązaniem typowo turystycznym – jest to dość dokładna mapa (a właściwie zestaw map) w skali 1:65000 na których zaznaczono numerowane węzły tras. Każdy węzeł wiąże się z jakimś charakterystycznym punktem – zabytkiem, monumentem, mostem, czasem parkingiem albo placem zabaw. Węzły połączone są między sobą trasami rowerowymi, które na mapie zaznaczone są wraz z informacją o rodzaju nawierzchni, oddzieleniu trasy od ruchu drogowego i odległościach. W terenie, w każdym węźle znajduje się informacja którędy należy udać się do kolejnych a także wzdłuż trasy w miejscach które mogą wzbudzać wątpliwości możemy natknąć się na małe drogowskazy pokazujące po prostu kierunek do węzła do którego prowadzi dana droga. W praktce widziałem dziś rowerzystów którzy na kierownicy mają przyczepioną nie tyle mapę, co małą listę z kolejnymi węzłami które mają odwiedzić – dzięki temu ich trasa jest jednoznacznie wyznaczona i nie ma potrzeby zerkać co chwilę czy jest się na właściwej drodze. Odległości między węzłami są niewielkie – od 500 metrów do kilku kilometrów – a sieć tras rowerowych jest tak gęsta że nie ma problemu żeby wyznaczyć sobie pętlę i nie wracać tą samą drogą. Podobny system jest tutaj stosowany dla pieszych turystów, z tym że zamiast informacji o separacji ruchu od samochodów, trasy oznaczone są od tego w jakim obuwiu można je pokonać – od najtrudniejszych (gumiaki) po najprostsze – dostępne dla osób np. na wózkach inwalidzkich.

Może Ci się również spodoba