Pobyt w tropikach i …

Na długi majowy weekend postanowiliśmy poświętować i wybrać się do naszego ulubionego aquaparku pod Berlinem – Tropical Islands. Dzieci zostawiliśmy pod opieką kochanej Babci a sami wsiedliśmy w samochód i pognaliśmy te ponad 500 kilometrów żeby popławić się w wodzie i (nie ukrywajmy) przyjemnościach. Z Krakowa przy okazji zabraliśmy dwójkę autostopowiczów zmierzających do Pragi przez Wrocław – więc jak dla nas – po drodze. Na miejsce dotarliśmy bez przeszkód, samochodów na parkingu zobaczyliśmy sporo – jak należało się spodziewać w większości z polską rejestracją – jednak już w środku okazało się że jak na tak szczelne wypełnienie parkingu (oraz kilkanaście autokarów) to jednak tłoku nie widać – było wyraźnie luźniej niż np. 1 stycznia, kiedy zajrzeliśmy tutaj po drodze z Holandii. Żadnych problemów ze znalezieniem leżaka, hałas raczej szumiącej wody niż hałastry dzieci – cud, miód, nic tylko wypoczywać.

Ponieważ tym razem postanowiliśmy nie spieszyć się z niczym i zanocować na miejscu (hala czynna jest całą dobę) więc bez pośpiechu „rozłożyliśmy” się pod palmami a ja wybrałem się „na zdjęcia”. Właściwie to chyba nie bardzo się do tych zdjęć przykładałem, bo jakoś bardziej potrzebowałem po prostu pochodzić i odpocząć po kilku godzinach spędzonych na siedząco w aucie. Miałem spokojnie czas położyć się i przespać, wybraliśmy się razem na spacer, zarezerwowaliśmy stolik na wieczorne varietas… Varietas samo w sobie może nie było by warte podróży – ale skoro już tu byliśmy to żal nie zobaczyć żonglerów, akrobatów i tancerek :) Po kolacji trochę odpoczynku i wieczorna „rundka” w saunach – w sam raz żeby się dobrze rozluźnić i wymęczyć przed spaniem. Mnie oczywiście wpadło do głowy żeby jeszcze raz zabrać aparat i zrobić kilka nocnych zdjęć – więc przy okazji tego nocnego wypadu wstąpiliśmy do barku „nad morzem” na caipirinhe na powitanie dnia (tymczasem zrobiło się już po północy) i chwilę popływania w zupełnie już pustym basenie.

W poniedziałek wstaliśmy niezbyt wcześnie – ot tak żeby zjeść kanapkę i niemal tuż po otwarciu zjawić się na zjeżdżalniach. Jakoś nie bardzo lubię tamtejszą wieżę o ażurowej konstrukcji która (jak dla mnie) chwieje się trochę za bardzo (wychodzi mój lęk wysokości). Zjechałem jednak kilka razy, żeby nie było że nie :) ale już więcej atrakcji nie było mi potrzebne i całość imprezy zakończyliśmy w saunach – tak trochę żeby się dogrzać przed powrotem.

W drodze powrotnej zaplanowaliśmy nocleg we Wrocławiu – ze zwiedzaniem starego miasta i ogrodu japońskiego – który Asia ma na liście już od wakacji. Po drodze czułem się już trochę osłabiony, ale zostawiliśmy auto na parkingu, bagaże w hotelu i ruszyliśmy do miasta. Pospacerowaliśmy uliczkami starówki, obejrzeliśmy rynek wraz z jego kamieniczkami na środku, weszliśmy na wieżę kościoła św. Elżbiety, przespacerowaliśmy przez jatki – zmienione obecnie w galerie i odwiedziliśmy ostrów tumski. Zajrzeliśmy nawet na lody do knajpki która żywcem przypominała wyjętą z PRL-u – takie same lady chłodnicze, w karcie same klasyki i nawet obsługa klasycznie niepozbierana… Właściwie to nic „konkretnego” nie zobaczyliśmy, ale miło było się po prostu przespacerować i trochę poczuć klimat Wrocławia. Zauważyłem że tutaj jakby bardziej popularne są rowery miejskie – ich procent w stosunku do „górali” wydał mi się zdecydowanie większy niż w Krakowie.

Wieczorem zmogło mnie wyjątkowo wcześnie – poszedłem spać czując że chyba mam gorączkę a rano – obudziłem się z ospą… Okazało się że albo to na co chorowałem w dzieciństwie ospą nie było, albo moja odporność spadła na tyle że obecnie dopadł mnie wirus złapany od córki (Tosia ma ospę od 2 tygodni a Madzia od kilku dni). Moja ospa i ohydna pogoda (tymczasem rozlało się na dobre) zdecydowały o naszym przyspieszonym powrocie do Krakowa (a ogród japoński pozostał na liście i czeka na lepsze czasy). W Krakowie lekarz, tabletki acyklowiru w jakiejś pochodnej postaci ale dużej dawce i kolejna „biedronka” do kolekcji w domu. Niech mi nie mają za złe ci wszyscy których zaraziłem w Tropicalu…

Może Ci się również spodoba