Openluchtmuseum – skansen na zakończenie wyjazdu

Urlop jak to bywa z urlopami dobiega końca. Jutro czeka nas jeszcze sprzątanie domu, jakieś niewielkie zakupy i pewnie niewielka wycieczka rowerowa. Dziś więc wypadał ostatni typowy urlopowy dzień – cały do dyspozycji. Nasi gospodarze polecali nam wizytę w znajdującym się nieopodal bo w Arnhem skansenie Openluchtmuseum. Wprawdzie byliśmy już w Zuiderzeemuseum i w Zaanse Schans, które mniej (Zaanse) lub bardziej (Zuiderzeemuseum) przybliżały życie dawniejszych mieszkańców Holandii, ale stwierdziliśmy że nie zaszkodzi zobaczyć niektórych rzeczy jeszcze raz, a dzieci też zagłosowały za skansenem. Wybraliśmy się zatem z samego rana, tak żeby zdążyć na otwarcie, chociaż jak okazało się na miejscu – tłoku specjalnego nie było i całość zwiedzało się bardzo przyjemnie. Zaczęliśmy od przejażdżki tramwajem, który kursuje wokół całego obiektu, zatrzymując się na pięciu przystankach w najciekawszych miejscach. Przejechaliśmy wprawdzie tylko jeden przystanek, ale od razu znaleźliśmy się wśród zabytkowych zabudowań – w tym miejscu dość nietypowo wypełnionych – kolekcjami przekazanymi dla muzeum przez prywatnych zbieraczy.

Dalej spacerowaliśmy między zabudowaniami przeniesionymi na teren skansenu z różnych części Holandii – odwiedziliśmy farmerskie domy, typową miejską szeregówkę (tyle tylko że każde kolejne mieszkanie pokazywało coraz dawniejsze wystroje mieszkań) i ośrodek zdrowia (niektóre nasze obecne ośrodki mogły by pozazdrościć wyglądu i wyposażenia które tutaj pochodziło z lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku). Jak to w Holandii nie mogło zabraknąć kanałów i wiatraków (był młyn, tartak, wiatraki polderowe), fragmentu wioski rybackiej ale też małego miasteczka ze sklepami, zakładami usługowymi, piekarnią czy pubem. Widzieliśmy też parowy zakład produkcji nabiału (z działającą maszyną parową) czy starą pralnię z drewnianymi kadziami i drewnianymi mechanizmami (także działającymi). W budynkach zgromadzono wielkie ilości sprzętów i mebli, odtworzono wnętrza zarówno domów bardzo biednych (znalazła się nawet ziemianka) jak i stosunkowo bogatych (na przykład dom miejskiego pisarza czy dom bogatych farmerów). Można bez trudu wyobrazić sobie jak żyli i pracowali ludzie tutaj mieszkający oraz na własne oczy przekonać się jak wiele z rzeczy które teraz uznajemy za zwyczajne było czymś luksusowym czy wręcz nieznanym.

Za największą zaletę Openluchtmuseum uznaję jednak to, co da się tam zrobić i co robią pracownicy. Otóż są tam miejsca w których dzieci (i nie tylko) mogą spróbować zająć się tym co było dawniej chlebem powszednim większości mieszkańców Holandii. Jest miejsce gdzie można wyprać bieliznę – w balii, mydłem i szczotką, na tarce – a następnie wyżąć w wyżymarce i rozwiesić. Można wziąć wiadra, powiesić na koromysłach i powędrować do studni – napompować wodę, zanieść ją do domu i podlać kwiaty (koromysła i wiadra są rozmiarem przystosowane dla dzieci). Można wydoić krowę (tym razem model a nie żywe zwierzę). Można wreszcie nająć się jako pracownik na polu bogatego farmera i wykonywać prace polowe zgodnie z tym co w danym okresie roku było do zrobienia – nam przypadło w udziale suszenie siana, budowa stelaży specjalnej konstrukcji i układanie stogów. Pracownicy muzeum natomiast są w wielu miejscach – prowadzą kuźnię, tkają tkaniny, pracują przy domach, łowią ryby, plotą sznury, wyrabiają koła, papier, prowadzą drukarnię… Wiele wyrobów które powstają tutaj podczas normalnych dni pracy można nabyć w tutejszych sklepikach – są przetwory z tutejszych owoców, gwoździe produkowane przez kowala, papier czerpany, ścierki tkane przez tutejszego tkacza… Muzeum żyje i przekazuje dalej to co nie powinno być zapomniane w sposób taki, że aż żal że tak prostych rzeczy nie zobaczyliśmy jeszcze w żadnym skansenie w naszym kraju…

Może Ci się również spodoba