Muzeum zabawek, truskawki z automatu i… rower

Ponieważ na dziś zapowiadano niepewną pogodę, postanowiliśmy wybrać się ponownie do Mechelen – tym razem w jedno konkretne miejsce, czyli do tamtejszego muzeum zabawek – dawnego domu towarowego, którego trzy piętra zostały zamienione w jedno z największych tego typu centrów w europie – blisko 7500 metrów kwadratowych przeznaczonych na wystawę eksponatów, 10000 metrów kwadratowych w dyspozycji muzeum. Niestety w muzeum nie wolno wykonywać zdjęć (poza pokojem zabaw i kafeterią) więc pozostają wspomnienia wyniesione we własnej głowie :) Kolekcja jest naprawdę bogata – zarówno przekrojem tematów (lalki, misie, klocki, gry, domki dla lalek…) jak i wiekiem eksponatów. Co ciekawe znalazł się także dział zabawek afrykańskich – ręcznie robionych z drutu, drewna i resztek dostępnych dla przeciętnych afrykańskich dzieci… Musze przyznać że robi to wrażenie i daje wyobrażenie o problemach z którymi ludzie borykają się mimo że mamy dwudziesty pierwszy wiek (a żyjąc w Europie pewnych rzeczy po prostu nie dostrzegamy).

Z innej beczki – w muzeum spotkaliśmy wycieczkę belgijskich dzieci. Wcześniej mieliśmy okazję spotkać wycieczkę starszych dzieci (około 12-14 lat) w pociągu i zaobserwowaliśmy podobną rzecz – na wycieczkach zorganizowanych, belgijskie dzieci mają na sobie odblaskowe kamizelki w kolorach dobranych do swojej grupy a na szyi zalaminowane kartki z informacją o organizatorze, informacją o dziecku i telefonami kontaktowymi. Dzieci tutaj są przyzwyczajone do takiego „etykietowania” i wygląda na to że już ich to specjalnie nie rusza – a sądzę że i opiekunom jest łatwiej pilnować takiej grupy i kiedy już któreś z dzieci się zgubi (co nie daj Boże) to nawet obca osoba powinna poradzić sobie z doprowadzeniem zguby „do właścicieli” – nie ma problemu że dziecko się zatnie i nie powie jak się nazywa, nie wspominając już o podaniu numeru telefonu do rodziców…

Mimo że w muzeum spędziliśmy całe przedpołudnie (do domu wróciliśmy na obiad), dziewczyny były raczej znużone niż fizycznie zmęczone. Postanowiliśmy zatem po krótkiej sjeście wybrać się wspólnie na kolejną rowerową wycieczkę po okolicy – tym razem stricte po rowerowych szlakach między r0wer0wymi węzłami (tym bardziej że jedna z tras przebiega dosłownie przed naszym domem). Odwiedziliśmy więc pobliskie Morkhoven zbaczając z trasy tylko na tyle żeby obejrzeć centrum miasta (nic ciekawego) i wróciliśmy trasą „kolejową” czyli prostą drogą prowadzącą szlakiem dawniejszej linii kolejowej. Po drodze trafiliśmy na automat do sprzedaży… truskawek. Ponieważ stanowił nie lada atrakcję no i widok naprawdę ślicznych truskawek bardzo nas „pobudził” – zdecydowaliśmy się kupić dwa koszyczki – w sumie kilogram truskawek za niebagatelne 5 euro :) Asia została obarczona naszym słodkim ciężarem (rower Asi ma koszyk – mój niby posiada sakwy, ale były zapchane kurtkami przeciwdeszczowymi na wszelki wypadek i aparatem – też na wszelki wypadek) i pojechaliśmy dalej. Asia zeznała później że z trudem powstrzymała się od wyżerania naszego deseru – ponoć zapach był zniewalający :)

Po powrocie do domu czułem nadal lekki niedosyt, więc postanowiłem przejechać się jeszcze jedną pętelkę na rowerze – tym razem samemu i znacznie szybciej (dobieranie prędkości do dzieci nie pozwala się zbytnio zmęczyć). Powtórzyłem część naszej wcześniejszej trasy, wydłużając ją trochę tak aby wrócić trochę inną drogą. Jadąc już przez Hulshout, przy głównej ulicy zauważyłem dziecięcy rower z przypiętą ceną – rzuciłem na niego okiem, cena wyglądała na atrakcyjną, ale nie zatrzymałem się tylko pojechałem dalej. Dziś już wcześniej widzieliśmy oferty sprzedaży rowerów, ale za wyższą cenę… Myślałem o tym trochę po drodze do domu i w efekcie kiedy tylko schowałem swój rower do „garażu” – zapakowałem Madzię do samochodu i pojechaliśmy oglądać znalezisko. Sprzedawanym rowerem okazała się Gazelle Shark – o ramie wprawdzie „męskiej” ale o bardzo ładnej linii, wyposażona typowo miejsko – w trzybiegową przekładnię w piaście z torpedo (Nexus identyczny jak ten który posiadam w cruiserze), osłonięty łańcuch, błotniki, bagażnik i oświetlenie. Wszystkie elementy sprawne – do wymiany kwalifikuje się jedynie tylna opona, która niby jest cała, ale już dość sparciała. Rower jest dla Madzi odrobinę za duży – kiedy siedzi na siodełku, ziemi dotyka raptem końcem palców u nóg – ale jest w stanie na nim jeździć a na wiosnę będzie dla niej jak znalazł. Ponieważ Madzi rower się spodobał a mnie spodobała się cena – postanowiliśmy go kupić. Będziemy więc wracać do Polski z bardzo nietypową pamiątką z Belgii :)

Może Ci się również spodoba