Muzeum w podziemiach krakowskiego rynku

Byliśmy dziś w muzeum w podziemiach krakowskiego rynku. Ja tam specjalnie za muzeami nie przepadam, więc też nie pałam zbytnim entuzjazmem przy okazji tego typu wypraw, ale już sama ciekawość napędzana choćby dużym medialnym wsparciem wystarczyła żebym bez problemu dał się namówić.

Muzeum jest właściwie szlakiem turystycznym – częścią ekspozycji Muzeum Historycznego Miasta Krakowa – projektem współfinansowanym przez Unię. W wypadku tego przedsięwzięcia mam wrażenie dobrze wydanych pieniędzy. Po małym zamieszaniu z biletami (o czym na końcu) wkroczyliśmy do sal ekspozycyjnych – przez efektowny ekran z pary wodnej, wprost między szklane gabloty z monetami odkrytymi w czasie tutejszych wykopalisk – gabloty uzupełnione ekranami komputerów. Jak się okazało, takie ekrany są na terenie muzeum co kawałek – można zupełnie spokojnie wybrać się bez przewodnika i wszystkie informacje czerpać wyłącznie z zawieszek, tablic informacyjnych i właśnie ekranów komputerów.

Pierwszy przy którym się zatrzymaliśmy dotyczył towarów którymi handlowali krakowscy kupcy. Węgierskiej miedzi, produkowanego lokalnie ołowiu i soli z Wieliczki i Bochni, przywożonych z zachodu Europy tkanin, ryb i całego innego dobra którym ówcześnie handlowano. Zdjęcia, reprodukcje z inkunabułów, animacje – do wszystkiego opisy przygotowane w pięciu wersjach językowych (na komputerach, bo przywieszki i plansze są tylko dwujęzyczne). Kiedy okazało się że czytamy o różnych wartościach towarów, ale brakuje nam informacji jak można by to przybliżyć do współczesnego pieniądza – z pomocą przyszły informacje z komputera znajdującego się właśnie przy wspomnianych wcześniej monetach. Wagi i miary były wyjaśnione w dalszej części ekspozycji – tutaj można było nawet zważyć się używając dawnych jednostek wagi a następnie spróbować przeliczyć wydruk z wagi na używane współcześnie – kilogramy lub funty.

W sumie spędziliśmy pod ziemią niemal dwie godziny, czytając na spokojnie to co nas zainteresowało, oglądając filmy, wykopaliska archeologiczne i myszkując po zakamarkach. Przeszliśmy niemal przez całość ekspozycji, ale nie oglądaliśmy wszystkiego. Mamy świadomość że warto tutaj wrócić i poświęcić jeszcze trochę czasu na pozostałe atrakcje. Warto też zabrać dzieci – na pewno część ekspozycji będzie dla nich interesująca już teraz, a kiedy się znudzą – można z nimi zajrzeć do specjalnego pokoju przygotowanego specjalnie dla młodszych turystów. Ceny wstępu są na tyle umiarkowane, że nie jest problemem zaglądnięcie do muzeum po raz kolejny za jakiś czas.

Jedynym zgrzytem, zaskoczeniem na samym początku naszej wycieczki była sprawa biletów. My na szczęście zarezerwowaliśmy je wcześniej i mieliśmy jaką taką pewność że w związku z tym do muzeum wejdziemy. Rezerwację mieliśmy na 10:15, na miejscu byliśmy chwilę przed 10:00 – czyli godziną otwarcia Muzeum. Jak się okazało, wejście na rogu Sukiennic, na poziomie Rynku było jeszcze zamknięte a przed drzwiami ustawiały się dwie kolejki – jak się potem okazało – jedna dla osób z rezerwacją a jedna „zwykła”. O 10:00 ochrona nakleiła na drzwi listę godzin wstępu wraz z ilością wolnych na dany czas miejsc i pani z obsługi zaprosiła na dół osoby z rezerwacją na 10:00. Wstępy do muzeum podzielone są grupy – po 30 osób na 15 minut. Ponieważ część osób rezerwuje bilety przez internet (tak jak my) a część kupuje w przedsprzedaży, na niektóre godziny nie ma już wolnych miejsc. Na 10:00 było 8 miejsc, więc poza rezerwacjami na dół zostało wpuszczone właśnie te 8 osób z kolejki „zwykłej”. Ochroniarz zamykał drzwi i co chwilę tłumaczył kolejnym osobom o co chodzi z dwoma kolejkami i dlaczego nie mogą zejść na dół do kasy. Jeśli jednak ktoś wyrażał chęć zakupu biletów w przedsprzedaży – był wpuszczany potęgując zamieszanie na górze i – jak się potem okazało – przy kasie. Kiedy przyszła kolej na nas, czyli osoby z rezerwacją na 10:15 – zeszliśmy na dół i stanęliśmy w kolejnej kolejce – tym razem do kasy. Po około 10 minutach stania okazało się ze kasę „blokują” osoby które nie mogą się zdecydować na kiedy kupić bilety w przedsprzedaży. W efekcie wszyscy którzy posiadali rezerwację musieli czekać i  zapewne kolejne grupy także zostały przez to opóźnione. A wystarczyło by uruchomić drugą kasę – najlepiej na górze, przed drzwiami z ochroną – która to kasa zajęła by się wyłącznie przedsprzedażą biletów i informowaniem turystów – sporej części zamieszania udało by się uniknąć.

Reasumując – wycieczka bardzo miła, na pewno znajdziemy chwilę czasu na kolejną wizytę – tym razem z dziećmi.

Może Ci się również spodoba