Mechelen, czyli parę słów o dzwonach

Dziś z lubością wylegiwaliśmy się do późna w łóżku – dzieci dały nam pospać a pogoda nie nastrajała do wczesnego powitania dnia. Dopiero w okolicy południa zdecydowaliśmy się ruszyć z domu, ale ze względu na przelotne opady zrezygnowaliśmy z rowerów na rzecz wyjazdu samochodem – do Heist-op-den-berg na zakupy i po prostu żeby pochodzić po mieście. Jak okazało się na miejscu, dziś był dzień targowy – na głównej ulicy ustawone były stragany – głównie z żywnością – ale kiedy przyjechaliśmy już właściwie się zwijały, ukazując ukryte za nimi sklepy. Zanim wyruszyliśmy na zwiedzanie tutejszych marketów, zajrzeliśmy do centrum kultury, które już teraz ma wśród ogłoszeń dla dorosłych ponad czterdzieści pozycji ciekawych zajęć (od tak „zwykłych” jak kurs fotografii, tanga, teatralny po mniej typowe jak kurs video jockeya, tworzenia muzyki elektronicznej, obsługi urządzeń obsługi sceny teatralnej (światła, zapadnie, mechanika) a nawet wyjazd na plener na Kubę. Podczas naszego spaceru udało nam się kupić mapę węzłów rowerowych z naszego regionu (głównie jako pamiątkę), oponę do Madzi nowego roweru a także poszukiwaną przez Asię mewę rzeźbioną w drewnie – o zakupach spożywczych nie wspominając.

Można powiedzieć że dzisiejsze popołudnie (a właściwie wieczór) mieliśmy zaplanowane już od momentu naszej pierwszej wizyty w Mechelen – kupiliśmy wtedy bilety na koncert carillonowy. Późniejszym popołudniem wsiedliśmy zatem w samochód i w niecałe pół godziny dotarliśmy na parking skąd już tylko krótki spacer doprowadził nas do centrum. Kiedy kupowaliśmy bilety, zostaliśmy poinformowani żeby czekać o dziewiętnastej przed informacją turystyczną – a tutaj jak na złość nikogo :) Podzieliliśmy się więc na podgrupy – Asia z dziewczynkami została pod katedrą a ja pod informacją – gdzie doczekałem się w końcu naszej przewodniczki. Bilety które kupiliśmy okazały się w istocie biletami na zwiedzanie wieży z przewodnikiem (a było warto) ponieważ koncertu jako takiego można wysłuchać nieodpłatnie.  Parę minut po dziewiętnastej ruszyliśmy zatem w górę po 540 schodach wiodących na niedokończoną wieżę katedry (pierwotnie miała mieć wysokość około 160 metrów, ale jej budowa została przerwana po osiągnięciu nieco ponad 97 metrów – plany o jej dokończeniu zostały odłożone kiedy była potrzebna jej renowacja po zniszczeniach pierwszej i drugiej wojny światowej). Pierwszy przystanek czekał nas już nieco powyżej 150 stopnia – na platformie na której znajduje się kołowrót (takie większe kółko jak dla chomika – ale napędzany przez ludzi) używany dawniej do wyciągania na wieżę dzwonów i materiałów do budowy a później renowacji. Stąd też można przez okrągłą dziurę w podłodze (tędy transportowano dzwony) obejrzeć tutejsze organy… z góry.

Kolejny przystanek około pięćdziesiąt schodów wyżej to kuźnia – miejsce w którym naprawiano dzwony carillonów jeśli była taka potrzeba. Widać tutaj także odważniki napędzające zegar wieżowy i carillon automatyczny – pod każdym z tych odważników ułożona jest sterta dachówek i grubych belek, mających zapobiec przebiciu stropów i wpadnięciu tych ciężkich elementów do kościoła poniżej. Kolejne sto schodów dzieliło nas od miejsca zainstalowania najcięższych dzwonów – Salwator, Karol, Magdalena, Libertus, Rumoldus i Św. Jan Burchman ważą w sumie ponad 26 ton. Stanowią one część z czterdziestu dziewięciu starych dzwonów – starego carillonu, obecnie przerobionego na automatyczny – sterowanego mechanizmem zegara. Ponad tymi największymi dzwonami znajduje się pokój z klawiaturą – miejsce pracy muzyka grającego na carillonie. Dziewczyny miały możliwość zasiąść przy klawiaturze – która jest oryginalnym pomysłem z Mechelen i stała się standardem dla innych carillonów. Jest tutaj także ciekawy zegar który był mechanicznie synchronizowany z zegarem stojącym trzysta schodów niżej w kościele – jest to także tutejszy wynalazek.

Mechanizm zegara wygląda ciekawie ale też dość prosto. Był on kompletowany po wojnie z elementów odnalezionych w różnych miejscach Belgii – kłopotem był tylko mały element werku, którego nigdzie nie można było znaleźć. W końcu odpowiedni element udało się namierzyć w Holandii i został on odkupiony za kilogram belgijskich pralinek :) Mechanizm wzbudza co piętnaście minut carillon automatyczny – taką większa pozytywkę. Ponieważ zwiedzanie chwilę trwało, mieliśmy okazję usłyszeć go kilka razy, w tym raz dokładnie stojąc obok mechanizmu zegarowego. Wrażenie niesamowite nie tylko ze względu na głośność dzwonów, ale także samo działanie tego wielkiego mechanizmu robi duże wrażenie. Bęben widoczny na zdjęciu to zapis pracy dzwonów na całe 24 godziny – jest on tak duży że mechanik który zmienia melodię wchodzi po prostu do środka żeby zdemontować i zamontować bolce wzbudzające dzwony. Powyżej zegara obejrzeliśmy jeszcze zestaw dzwonów do nowego carillonu – te kolejne czterdzieści dziewięć dzwonów to strojone elektronicznie cuda, które zostały przetransportowane na wieżę z drugiej strony – przez otwór w suficie. Na ich instalację zdecydowano się ze względu na to że ten bodaj najsłynniejszy Mecheleński carillon był owszem słynny, ale także ze względu na fałszowanie. Stare dzwony ciężko jest nastroić – to znaczy łatwiej jest podwyższyć ich dźwięk (skrawając brąz z ich płaszcza) niż obniżyć (bo ciężko jest dodać brązu do już istniejącego dzwonu) więc zostały one tylko trochę dostrojone, tak aby dało się skomponować dla nich melodie do automatycznego carillonu.

Ostatnie grupy schodów poprowadziły nas najpierw do pomieszczenia w którym wieża zmienia swój kształt z kwadratowego na ośmioboczny a następnie na taras skywalk. Zmiana kształtu wieży była przyczynkiem do dalszej konstrukcji – iglicy – która jednak nie została wybudowana. Skywalk to taras o szklanych ścianach znajdujący się na samym szczycie – dzięki temu że silny wiatr przewiał chmury i powietrze było bardzo czyste, mogliśmy stąd podziwiać panoramę miasta ale także widoki na Antwerpię, Brukselę a nawet „nasz” Heist-op-den-berg. Pani przewodnik, korzystając z pozostającej nam chwili czasu wprowadziła nas także na balkon ciągnący się wzdłuż całości ścian tuż poniżej szczytu – stąd mieliśmy zdecydowanie lepszy widok na miasto leżące poniżej. Jeśli chodzi o ciekawostki dotyczące samej wieży, jeszcze kilka utkwiło mi w pamięci – po pierwsze to, że wieża jest własnością miasta a katedra własnością Kościoła – z tego powodu nie mogliśmy wejść na organy (należące do Kościoła) idąc na wycieczkę na wieżę. Wieża była budowana bez połączenia z katedrą, ponieważ budowniczowie spodziewali się że osiądzie ona w stopniu większym niż kościół – co też się stało. Podczas budowy jej fundamenty osiadły o ponad pół metra więcej niż fundamenty katedry – dlatego też połączenia i przejścia między wieżą a kościołem zostały wykonane później w liczących niemal trzy metry grubości murach. Spośród wykonanych w XV wieku schodów jedynie jeden wymagał wymiany i obecnie na pozycji 257 w południowej klatce schodowej znajduje się nowo wykonany stopień.

Może Ci się również spodoba