Dziesięciolecie

Kap, kap, dzień po dniu upływa nam nasze wspólne życie i ani się człowiek obejrzy a już dziesiąta rocznica ślubu. Na co dzień tego upływu czasu nie czuję – a tu nagle – dziesięć lat. Przeszliśmy razem ten kawałek drogi, nabierając różnych doświadczeń i widząc różne rzeczy, biorąc udział mniej lub bardziej wartych uwagi przedsięwzięciach, wspólnie podróżując – a czasem podróżując osobno, pracując, bawiąc się, wypoczywając, wychowując dzieci… Wspólnie podejmujemy decyzje, dzielimy się w sprawach w których jedno z nas radzi sobie lepiej niż drugie, odkładamy to na co żadne z nas nie ma ochoty… Budujemy wspólną bazę na której buduję każdy kolejny dzień – a każdy kolejny dzień dokłada do tej naszej wspólnej budowli swoją mniejszą lub większą cegiełkę.

Osobiście uważam że mamy w naszym wspólnym życiu sporo szczęścia – choćby w tym że nie możemy narzekać na to żeby spotykały nas jakieś wielkie doświadczenia czy kłopoty.

Owszem – raz jest lepiej, wręcz znakomicie, jest czas, nie ma stresu, odpoczywamy – raz jest trudniej – jakieś spiętrzenia, pojawiają się przeszkody, stres, coś się dzieje w pracy albo w domu – ale nic takiego o czym można by powiedzieć że los nas doświadcza. Między tymi „wzlotami” i „upadkami” jest całkiem sporo – właściwie duża większość – dni zwyczajnych, kiedy życie toczy się normalnym trybem, trochę popadamy w rutynę, rozmawiamy w dużej mierze o tym kto zrobi zakupy (i co kupić) oraz kto odbierze kogo z zajęć. Takie dni też są ważne, można powiedzieć – stanowią samą treść naszego życia, choć to nie one zapadają w pamięć. Czasem udaje nam się usiąść razem wieczorem i coś obejrzeć, a czasem każde z nas siedzi przy swoim zajęciu… Bywa że nie rozmawiamy i po prostu siedzimy w jednym pokoju a bywa że właśnie najdzie nas ochota i gadamy o rzeczach mniej lub bardziej ważnych. Mnie wystarcza że jestem w domu i już czuję że jestem z rodziną ale wiem że to nie zawsze wystarcza dla innych. Ciekawe ile w nas jest decyzji na bycie ze sobą tak aby sprawiać przyjemność nie tylko sobie, ale też tej drugiej osobie… Nie mogę bynajmniej powiedzieć żebym przez te lata wyzbył się egoizmu. Często wychodzi ze mnie ochota dogodzenia głównie sobie i takiego ustawienia spraw żeby to mnie było dobrze – może więc dobrze że nie zawsze mam odwagę doprowadzać swoje zamiary do końca i dzięki temu ten mój egoizm jest trochę łagodzony :)

Pamiętam że bezpośrednio po ślubie rozmawialiśmy że właściwie to nie można powiedzieć żebyśmy czuli w sobie jakąś wewnętrzną przemianę w związku z naszą zmianą stanu cywilnego. Owszem – zmieniło się sporo rzeczy praktycznych – mieszkanie razem, „wejście w dorosłość”  – trochę bardziej na poważnie niż to pierwsze na progu pełnoletniości, decyzja na dzieci gdzieś w przyszłości – wszystko to było gdzieś w nas – gdzieś we mnie – ale nie zmieniało faktu że czułem się tak samo jak dzień czy dwa wcześniej, wewnętrznie nie czułem się bardziej dorosły ani bardziej gotowy… Dziś już czuję się trochę bardziej dorosły niż wtedy, doświadczenia całkiem samodzielnego życia wyrobiły we mnie pewne nawyki, na życie spoglądam trochę inaczej, może mniej łapczywie i z mniejszą skłonnością do ryzyka (chociaż znajomi pewnie nigdy we mnie takiej skłonności nie widzieli). Te zmiany dokonują się w nas – we mnie – powoli ale stale. Zmienia się trochę skala wartości – wprawdzie na szczycie zmian nie ma – Bóg (wiara), żona, rodzina, rodzice – to ciągle są rzeczy najważniejsze. Ale z drugiej coraz bardziej ciągnie mnie do podróżowania i zwiedzania a coraz mniej mam ciągot „gadżeciarskich”. Coraz mniej obchodzi mnie jaki ktoś ma obiektyw albo na jakim laptopie pracuje – skoro to co mam mi wystarcza…

Ciekaw jestem czy te moje zapiski przetrwają kolejne dziesięć lat i co wtedy pomyślę czytając je sobie w naszą rocznicę. Z bagażem kolejnych doświadczeń, z prawie dorosłymi dziećmi, po kolejnych 3650 „zwykłych” dniach :)

Może Ci się również spodoba