Bruksela po raz drugi

Pogoda nadal niepewna, ale ponieważ nie do wszystkiego potrzebujemy słońca, dziś wybraliśmy się ponownie do Brukseli – tym razem samochodem, ponieważ w planach mieliśmy odwiedzenie jej północnych obrzeży. Jeszcze wczoraj, wracając do samochodu, natknęliśmy się na duży sklep rowerowy w Mechelen. Ze względu na późną godzinę był zamknięty – ale dziś postanowiliśmy go odwiedzić, ponieważ po pierwsze – był po drodze, a po drugie – zbierało się na deszcz, który woleliśmy przeczekać w sklepie niż moknąć w Brukseli. Lokal sklepu jest wprawdzie wciąż nie gotowy, więc trzeba liczyć się z dużą ilością pyłu, walającymi się narzędziami oraz dość industrialnym wyglądem – ale nie dla architektury się tutaj zagląda :) Jest to pierwszy sklep w Belgii gdzie poza typowymi tutaj rowerami miejskimi w wydaniu klasycznym i hybrydowym można obejrzeć i kupić także całą masę pięknych a mniej typowych rowerów – dla mnie gratką były przede wszystkim cruisery (w wydaniu od najmniejszych dla dzieci uczących się jeździć aż po pełnowymiarowe) ale także rowery transportowe, ostre koła a nawet – egzemplarz Gazelle Cabby.

Z Mechelen pojechaliśmy już prosto na farmę w Brukseli. Gospodarstwo to zapewnia pracę dla około stu dwudziestu osób z niepełnosprawnością umysłową – zlokalizowany na pięciu hektarach terenu zawiera małą fermę z mniej i bardziej egzotycznymi zwierzętami (krowy, konie, owce, kury, króliki, świnie, kaczki ale też koziołki których nie potrafiliśmy zidentyfikować), ogrody w których uprawiane są warzywa i owoce w formule Bio, sklep ogrodniczy, przetwórnię owocowo-warzywną, piekarnię, sklepik z lokalnymi wyrobami i kawiarnię/restaurację. Co ciekawe, praca tutejszych warsztatów nie zamyka się wyłącznie w obrębie farmy – oferują one także usługi tzw. wyjazdowych ogrodników, którzy zajmują się utrzymaniem ogrodów osób prywatnych. Dla naszych dziewczyn była to chyba pierwsza okazja żeby zobaczyć na żywo świnię a dla nas poza spokojną wycieczką także chwila refleksji nad dawniejszymi wakacjami spędzanymi na wsi. Ciekawe czy nasze dzieci będą miały okazję pojechać kiedyś na wozie z sianem?

Było by pewnym faux-pas być w Brukseli i nie zobaczyć Atomium, a ponieważ jest ono w tej samej okolicy, połączyliśmy – powiedzmy – przyjemne z pożytecznym i zjawiliśmy się także przy tym znanym monumencie. Nie mogliśmy odmówić sobie zrobienia kilku pamiątkowych zdjęć, tracąc z pół godziny na ustawianie się tak żeby wyglądać jakbyśmy trzymali kule w rękach, postaliśmy nawet trochę w kolejce po bilety wstępu do samego budynku – ale ceny (11 euro od osoby dorosłej, 6 euro od dziecka) odstraszyły nas jednak od zwiedzania wnętrza – tym bardziej że wystawa prezentowana tam obecnie (imigracja w Belgii) nie koniecznie była by ciekawa dla dziewczyn, a cena nie wydawała nam się uzasadniona nawet widokami ze szczytu Atomium – wszak nie gorsze mieliśmy wczoraj ze szczytu wieży kościoła w Mechelen. W drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze zupełnie przypadkowo o Japońskie pawilony – dziewczyny obejrzały je z zewnątrz, podziwiając misterne zdobienia i wykonanie tych drewnianych budynków.

Może Ci się również spodoba